uprowadzona3„Nie zabija się kury, która znosi złote jaja” – to zdanie niczym mantrę powtarzają hollywoodzcy producenci. Nic dziwnego, że na ekranach kin ponownie króluje Liam Nesson i spółka w trzeciej już odsłonie Uprowadzonej.

Gdy w 2008 roku po raz pierwszy poznałem historię rodziny Bryana Millsa, urzekła mnie ona bez reszty. Cechowała ją przede wszystkim świeżość, której we współczesnych produkcjach bardzo brakuje. Kilka lat później powstał średnio udany sequel, zaś obecnie na wielkich ekranach bryluje część trzecia, które według haseł reklamowych ma być ostatnią. Osobiście wątpię, żeby twórcy zrezygnowali z mlekodajnej krowy, ale po kolei…

Od czasów Paula Kersey’a, w którego w serii Życzenie śmierci pięciokrotnie wcielał się Charles Bronson, w kinie nie było większego pechowca. Obecnie pałeczkę przejął wspomniany już Liam Nesson, któremu najpierw porwali córkę, by następnie to samo uczynić z żoną. W najnowszej części jego przygód, ukochana kobieta zostaje pozbawiona życia. On sam zaś zostaje wrobiony w morderstwo – nie ma wyjścia, musi uciekać. Oczywiście, Mills nie byłby sobą, gdyby nie pałał chęcią zemsty (trudno mu się dziwić), toteż z czasem dowiaduje się, kto rzeczywiście może już wykupywać dla siebie miejsce na cmentarzu. Po drodze tradycyjnie zlikwiduje również kilku łotrów, których matka ziemia nie powinna nosić.

Niestety, wydaje się, że oczy Luca Bessona, Olivera Megatona i kilku innych twórców odpowiedzialnych za ten tytuł zostały oślepione przez złote monety, które mogą oni zarobić na swoim wspólnym dziele. Problem pojawia się już jednak na samym początku. Jaki sens ma tworzenie kontynuacji Uprowadzonej jeśli w trakcie filmu nikt nie zostaje porwany? Już wcześniej wyjaśniłem – dla pieniędzy. Pojawia się jednak kolejne pytanie – czy jest jakikolwiek sens psuć efekt początkowy sprzed siedmiu lat? Pozostawię je bez odpowiedzi, licząc, że we współczesnym świecie (nawet filmowym) są istotniejsze sprawy od mamony (wiem, jestem naiwny). Kontynuując wątek bezsensowności realizacji części trzeciej muszę uznać, iż twórcy bezczelnie i z premedytacją nie przywiązali żadnej wagi do scenariusza. Nie został on napisany nawet na kolanie, ot, powstał zlepek wielu scen, które nawet jak na kino akcji są zbyt idiotyczne. Ten gatunek często stał w ostrej sprzeczności z logiką, ale w tym przypadku twórcy naprawdę przesadzili. Oczywiście, nie mogło zabraknąć również fragmentów w stylu: „zabili go i uciekł”. Szkoda tylko, że miast efektywności otrzymujemy irracjonalność i to w kiepskim stylu.

Zresztą wystarczy tylko spojrzeć na minę głównego bohatera, która zdaje się mówić: „co ja tu w ogóle robię”. Na drugim planie też wcale nie jest lepiej. Forrest Whitaker stojący na czele organów ścigania ogranicza się głównie do zabaw ręcznych i zjadania ciepłych bajgli. Jego podwładni natomiast nie potrafiliby, tu posłużę się cytatem z komedii Chłopaki nie płaczą – „ubić muchy w kiblu”. Na domiar złego scenarzyści wraz z reżyserem nie wiadomo w jakim celu postanowili dodać do całości wątki melodramatyczne, które w kinie akcji są tak potrzebne jak pięść przy oku. Przez ten zabieg większość kwestii wypowiadanych przez aktorów na ekranie pasuje bardziej do telewizyjnych tasiemców, aniżeli kina sensacyjnego.  To bardzo gorzkie doświadczenie dopełnia dynamiczny montaż, który zamiast pomagać w odbiorze i przyspieszać akcję, wywołuje u widza… oczopląs i bóle głowy. Szczerze mówiąc, najciekawiej w filmie Megatona prezentują się ujęcia nocnej panoramy miasta, niektóre mniej żałosne sceny akcji, oraz kilka piosenek zasłyszanych w tle. Wydaje się, że porównanie Bryana Millsa z Paulem Kersey’em nie zostało zastosowane nad wyraz. W przypadku serii Życzenie śmierci szczególnie ostatnie dwie odsłony wołały o pomstę do nieba.

Nie ukrywam, że po bardzo przeciętnej części drugiej nie spodziewałem się niczego szczególnego po odsłonie trzeciej. Miałem jednak nadzieję, że Uprowadzona 3 utrzyma chociaż poziom sequela. Tak się jednak nie stało. Strach pomyśleć, co będzie, jak powstanie odcinek czwarty. Niestety, wydaje się on być nieunikniony.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
aurora
Aurora i archanioł – recenzja
Zabawa zabawa – recenzja
Rammbock
Rammbock – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*