teoraiwszystkiegoTerry`ego Gilliama kinomanom oraz fanom grupy Monthy Pythona przedstawiać raczej nie trzeba. Ostatnich lat nie może on jednak zaliczyć do szczególnie udanych. Powiedzenie o jego dwóch ostatnich filmach (Nieustraszonych braciach Grimm i Parnassusie), że były nieudane, byłoby subtelnym eufemizmem. Mimo to jego najnowszy film, czyli Teoria wszystkiego, wzbudza zainteresowanie, zwłaszcza, że w głównej roli pojawia się w nim, niezwykle popularny za sprawą współpracy z Quentinem Tarantino, Christoph Walz.

Teoria wszystkiego to historia utalentowanego informatyka Qohena Letha, który zostaje zatrudniony do skonstruowania równania, jakie tłumaczyłoby sens ludzkiej egzystencji. Rozgrywa się ona w bliżej nieokreślonej przyszłości, która, co dosyć dziwne, nie jest wariacją na temat współcześnie znanej nam technologii i kształtu, jaki mógłby przybrać świat. Film Gilliama scenograficznie nawiązuje raczej do znacznie starszych filmów sience-fiction, które takie intencje miały. Dość dziwaczne wydaje się z naszej perspektywy chociażby to, że bohaterowie, którzy na co dzień korzystają z mnóstwa komputerów i nie robią tego za pomocą interfejsów dotykowych, tylko za pomocą siermiężnych joypadów. Przyszłość w filmie Gilliama to raczej przyszłość widziana oczami człowieka z lat 80. lub 90., nie natomiast człowieka współczesnego.

Nie to jest jednak najbardziej drażniące w Teorii wszystkiego. Terry Gilliam po raz kolejny wykorzystuje tutaj motywy fabularne z Roku 1984 George`a Orwella. Problem polega na tym, że robi to w sposób znacznie bardziej toporny i łopatologiczny niż chociażby w swoim o wiele wcześniejszym Brazil. Rozwiązania z tego starszego filmu zdaje się również bezpardonowo kopiować, tym razem nie ma jednak mowy o twórczym przetworzeniu. Czuć natomiast swąd nie do końca wprawnie odgrzanej potrawy.

Niewiele pomagają tutaj bardzo ciekawe kreacje gwiazd Christopha Walza, Tildy Swinton czy Matta Damona. Są one bowiem wplecione w dosyć banalny scenariusz, który miał opowiadać o bezsensowności szukania sensu istnienia. Tu z kolei należałoby się zastanowić, czy Sens życia według Monthy Pythona, który Gilliam reżyserował, nie wyczerpał już tego tematu w nieco bardziej frywolny sposób.

Podsumowując, Teoria wszystkiego to typowy film jednokrotnego użytku. Jeśli nawet są w nim elementy interesujące, to nieco rozpływają się one w dosyć miałkim całokształcie. Powrót do sprawdzonych niegdyś rozwiązań miał być chyba dla Terry`ego Gilliama sposobem na powrót do reżyserskiej pierwszej ligi. Niestety, zawody znów kończą się na jej zapleczu – tym razem przez użycie już dawniej wyeksploatowanych chwytów. Pozostaje czekać na kolejny film Gilliama i znów mieć nadzieję, że tym razem będzie znacznie lepiej.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
oczy_julii
Oczy Julii – recenzja
salvoocalony
Salvo. Ocalony – recenzja
bogzemsty
Bóg zemsty – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*