szefowiewrogowieKto by podejrzewał, że na sequel „Szefów wrogów” przyjdzie nam czekać aż trzy lata. Czemu aż? Z reguły filmy tego typu po niespełna dwóch latach mogą poszczycić się kontynuacją. Ba! Czasem wytwórnia jest tak szczodra, że zdradza nam swoje plany na całą dekadę, nie biorąc pod uwagę, czy aktualny produkt zarobi na tyle dużo, aby producenci nie pożałowali funduszy na kolejne części.

Przez okres czterech lat twórcy „Kac Vegas” zaprezentowali widzom trzy części, z których dwie ostatnie nie powinny nawet powstać. DC Comics co chwila punktuje nas informacjami na temat tego, czego to oni nie nakręcą, a dodać należy, że na koncie mają zaledwie kilka nic niewnoszących produkcji. Wydaje się, że twórcy „Szefów wrogów” konsekwentnie podeszli do rzeczy…

Po raz kolejny spotykamy się z Nickiem, Kurtem i Dalem – trzema kumplami, którzy nie tyrają już dla swoich nienormalnych przełożonych, ale rozkręcają własny biznes. Wchodzą w układ z inwestorem, który w ostatniej chwili „sprowadza ich na ziemię”. Fabuła nie jest specjalnie wyszukana. W rolę szalonego tercetu ponownie wcielili się znany z „Juno” i „W chmurach” Jason Bateman, wychowanek Saturday Night Live – Jason Sudeikis i Charlie Day, którego mogliśmy ostatnio oglądać w „Pacific Rim”. Nie zabrakło tu miejsca dla Kevina Spacey’a, Jennifer Aniston i Jamie’go Foxxa. Dołączyli do nich przereklamowany ostatnio i kompletnie niewykorzystany w tym projekcie Christoph Waltz i zaskakująco zabawny Chris Pine. Trudno nie odnieść się tu do pierwszej części „Szefów wrogów” i nie uniknąć porównań do „Kac Vegas”. Pierwsze odsłony obu filmów okazały się bogate w pomysły, świeże w wykonanie, po prostu zabawne i dające rozrywkę na zadowalającym poziomie. Przewaga „Szefów wrogów 2” nad „Kac Vegas 2” jest kolosalna, jednak na tle swojego poprzednika wypada… no właśnie, po kolei.



   
Film posiada kilka niedociągnięć. Po pierwsze – za mało szefów, za dużo wrogów. Wcześniej wspomniany Christoph Waltz jest tu jedynie „wielkim nazwiskiem”. Dialogi ograniczają się do świńskich przekleństw. Bohaterowie sprzedają ich tu więcej, niż McDonald cheesburgerów, ale miejmy nadzieję, że na sali nie znajdzie się jakiś wrażliwy odbiorca. Jeśli jesteś zwolennikiem bliskowschodnich produkcji, gdzie ból egzystencji tkwi w społecznych problemach mieszkańców zubożałego terytorium – po niecałych dwóch godzinach personel kina będzie zmuszony wezwać pogotowie. Dla wtajemniczonych w pierwszą część, do których w dużej mierze „dwójka” została skierowana, plusem będą sceny podlane żywiołowymi piosenkami i całość zrealizowana efektownie i bez zbędnych, siłowych rozwiązań. Zresztą znajdziemy do niej kilka odniesień. Na tym nie koniec. Dla nieco bardziej wytrawnych widzów czeka bonus w postaci parodii paru amerykańskich produkcji. Jakich? Sami musicie zobaczyć i odgadnąć.

Największym walorem filmu pozostaje jednak tercet głównych bohaterów, których chemia mogłaby obdzielić wiele podobnych produkcji i Chris Pine, po którym nikt nie spodziewałby się wyczynów rodem z „Podziemnego kręgu”. To właśnie ostatni z wymienionych ma tu najwięcej do powiedzenia. Do pierwszej części wystarczyło usiąść z puszką coli w ręku. W przypadku drugiej wskazane jest coś mocniejszego, co można spożyć jedynie za pomocą słomki. Tak właśnie uczyniłby Motherf*cker Jones.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
7336889.3
Och, życie – recenzja
moskitiera
Moskitiera – recenzja
Sicario 2: Soldado – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*