„Suspiria” w reżyserii Luci Guadagnino jest przeróbką filmu nakręconego 41 lat wcześniej o tym samym tytule. Twórcą oryginału jest zasłużony dla kina grozy Dario Argento. W latach siedemdziesiątych był jednym z prekursorów odrębnego gatunku horroru zwanego potocznie „giallo”, a jego „Suspiria” jest po dziś dzień uznawana za film kultowy.

Berlin, lata siedemdziesiąte XX wieku. Do jednej z najbardziej renomowanych szkół tańca na świecie przyjeżdża młoda Amerykanka Susie Bannion. Dziewczyna pojawia się tam w momencie zaginięcia innej uczennicy. Szybko budzi podziw (nieoficjalnej) przywódczyni szkoły – Madame Blanc. Pod jej okiem poznaje, a może jedynie ulepsza swoje umiejętności. Coś jest jednak nie tak. Znikają kolejne tancerki, a władze szkoły zachowują się tak, jakby problemu w ogóle nie było.

Porównywanie dzieła Argenta do nowego obrazu Guadagnino jest absolutnie bezsensowne. Owszem, reżyser zaczerpnął od starszego kolegi korzeń opowieści, ale solidny, twardy pień, długie gałęzie niczym ręce bohaterek i liście są już jego autorstwa. Nowa „Suspiria” nie polega jedynie na budowaniu napięcia i prezentowaniu eksplozji płynnej tkanki o odcieniu czerwieni w finalnych sekwencjach. Pod basenem krwi czają się tajemnice – naprawdę niebanalne i wieloznaczne. Widz od pewnego momentu czuje się jak fragment ruchomego lustra, dyszących ścian, czy płytkich, niepokojących oddechów.

Estetyka to autonomiczny organizm produkcji. Reżyser zadbał nie tylko o idealne odwzorowanie Berlina z drugiej połowy lat siedemdziesiątych XX wieku, ale uzupełnił go o autentyczny wątek przedstawiający manewry organizacji terrorystycznej działającej na terenie Niemczech Zachodnich – Frakcji Armii Czerwonej (potocznie Baader Meinhof – od nazwisk ikon ruchu). Te wydarzenia może i nie mają większego związku z filmem, ale jako tło wywiązują się ze swojej roli pierwszorzędnie.

Główne role powierzono Tildzie Swinton i Dakocie Johnson, z którymi Guadagnino pracował już przy filmie „Nienasyceni” z 2015 roku. Jak ta pierwsza kolejny raz poraża charyzmą i budzi na przemian uwielbienie i wstręt, tak ta druga wydaje się przy niej jedynie poprawna. W scenach tańca ogląda się ją przyjemnie – tryska energią i niewymuszonym, naturalnym seksapilem, natomiast w scenach kluczowych dla fabuły traci impet. Z każdym kolejnym filmem (oby nie była to seria o Greyu) na pewno zyska więcej charakteru i pewności siebie.

Wyżej wspomniany taniec to serce „Suspirii”. To wokół niego krąży całe zło (a może dobro?). Sceny w minimalistycznych salach ćwiczeń, gdzie dziewczęta dosłownie wypruwają sobie flaki, budzą nie tyle podziw, co duży niepokój. Taniec to nie tylko zgranie ruchów ciała z muzyką, to przede wszystkim wartość nadrzędna względem rzeczywistości, bo jak mówi jedna z bohaterek: „My tańczymy tu bez pomocy muzyki”.

Zaplecze techniczne jest kolejną perełką filmu. Soundtrack autorstwa Thoma Yorke’a (wokalisty zespołu Radiohead) w połączeniu ze zdjęciami Sayombhu Mukdeeprom daje poczucie narkotycznej duszności. Od niecodziennych dźwięków i posępnych ujęć może zakręcić nam się w głowie, a nastrój otumanienia może pozostać z nami na długo po seansie.

„Suspiria” nie jest najlepszym filmem Luci Guadagnino. Jest za to pierwszym obrazem w karierze reżysera, w którym zrezygnował z ciepłych, śródziemnomorskich kolorów na koszt ponurych, wręcz mdlących barw. Zrobił nie tylko film inny od swoich wcześniejszych, ale przede wszystkim zrealizował sprawny remake oddający hołd twórcy utworu pierwotnego – Dariowi Argento.

/autor recenzji: Aleksander Biegała

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
dobrecheci
Dobre chęci – recenzja
poklosie
Pokłosie – recenzja
plynacewizowce
Płynące wieżowce – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*