straznicy2Z Peterem Quillem łączy mnie jedna rzecz – zamiłowanie do muzyki. Kiedy na początku pierwszej części „Strażników galaktyki” usłyszałem utwór „I’m Not In Love” w wykonaniu 10cc, wiedziałem, że nie oglądam standardowego filmu rozrywkowego. W piosence co chwilę wybrzmiewa fraza „nie jestem zakochany”, jednak słyszę po głosie wokalisty – Erica Stewarta, że to jedynie zaprzeczenie. Facet śpiewa tak, jakby był zakochany po uszy, a wybranka jego serca, krótko mówiąc, albo próbuje wykorzystać jego słabość, albo nie odwzajemnia już jego uczucia. Podobne emocje towarzyszą mi z filmami ze stajni Marvela. Nie jestem zakochany. Teraz możecie śmiało założyć słuchawki od walkmana. Zostawiłem w nim składankę własnego autorstwa.

Na początku drugiej części „Strażników galaktyki” słyszymy „Mr. Blue Sky” Electric Light Orchestra. Było dla mnie jasnym, że piosenki ponownie wyrwą z butów, a film porazi humorem i fabułą. Tym razem Star-Lord i jego ekipa muszą stawić czoła… no właśnie, komu i czemu? Nagle robi się niezwykle sentymentalnie i sielsko, ponieważ Peter Quill spotyka swojego ojca. Chłopak nie ma już tej ikry i zawadiactwa, a szkoda, bo Gamora wydaje się w tej części jeszcze bardziej spragniona jego luźnego flirtu. Dzięki chwilowemu odsunięciu Star-Lorda, na prowadzenie wychodzą świetnie napisane postaci drugoplanowe, czyli Rocket, Drax, Mały Groot, Nebula, a przede wszystkim Yondu (życiówka Michaela Rookera). Reżyser i scenarzysta – James Gunn – daje jasno do zrozumienia, że wielki bohater jest nikim bez ekipy oddanych mu kumpli. Tego typu przesłań jest tu całe mnóstwo, a większość z nich nie jest przeznaczona dla małoletnich widzów (na szczęście).

Jesteśmy już po czterech kawałkach, więc według moich obliczeń teraz powinien zacząć się numer „Bring It On Home To Me” Sama Cooke’a. Bardzo zaskakuje ilość wprowadzonych wątków, choć ten główny, czyli odbudowanie relacji ojca z synem, wydaje się najsłabszy. Największe wrażenie robi siostrzany konflikt między Gamorą a Nebulą. Niestety, James Gunn traktuje nas na zasadzie ‘ty jesteś psem, a ja mam przysmak’. Najpierw pokazuje coś smakowitego, droczy się z Tobą, po czym nie pozwala Ci tego zjeść. Takich momentów jest sporo. Mam nadzieję, że to tylko przedsmak tego, co czeka nas w trzeciej odsłonie.

Teraz wchodzi ulubiona piosenka matki Quilla – „Brandy” Looking Glass (człowieku, co to jest numer!). Zestawiając drugą część z pierwszą sprawa wygląda następująco: jedynka jest lepszym filmem z prostego powodu – jest spójniejsza, równa i wprowadza Cię w pewien trans. Dwójka może i nie ma tej miodności co poprzedniczka, ale poczuciem humoru rozkłada ją na łopatki. Rocket ma tutaj tak stand-up’owe flow, że zawodowym komikom powinno zrobić się wstyd.



   
„Come A Little Bit Closer” Jay & The Americans, słyszysz, jak buja? Wspomniałem wcześniej, że nowa odsłona „Strażników” to życiówka Michaela Rookera. Jeśli urodziłeś się w 80’s, a jak miałeś siedem lat to „Na krawędzi” było w kinach, wiesz, że ten aktor przeszedł bardzo długą i niewdzięczną drogę. Przez lata grywał podrzędne role w podrzędnych niskobudżetowych produkcjach. Dziś, mając na karku 62 wiosny, uderza z siłą wygłodniałego debiutanta. Dla mnie jest najważniejszym spośród wszystkich strażników galaktyki.
   
Łzy mi napłynęły do oczu, bo wszedł Cat Stevens „Father and Son”. Największą wadą pozostaje rozbuchany wątek ojca i syna. Jest długi, nudny, a końcówka ciągnie się jak długie nogi Gamory po statku Quilla. Wiem, że miło patrzy się na takie kształty, jednak w nadmiarze powodują rutynę, a nie podniecenie. Gdyby Zoe Saldana wyglądała jak końcówka filmu, przypominałaby niezgrabną pokrakę z lejącym się brzuchem i włosami na nogach (udzielił mi się mocno szowinistyczny humor z drugiej części).
   
Jako ostatni poleci numer zespołu Parliament „Flash Light”. „Strażnicy galaktyki” posiedli tak zwaną bondowską stylówkę. Mamy efektowne czołówki, niesamowite piosenki i oczywiście oznajmienie, że bohaterowie powrócą. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że James Gunn nie ściąga pomysłów z tej brytyjskiej serii, lecz po prostu odświeża je. Ciekawe, co szykuje na rozpoczęcie trójki i jakie piosenki dane nam będzie usłyszeć? Marzy mi się „Welcome To The Jungle” Guns N’ Roses.
   
Taśma magnetofonowa się skończyła, więc mogę być z Wami szczery. Nigdy nie lubiłem uniwersum Marvela. Powiem więcej. Uważam, że filmy z tej serii skierowane są głównie do „uczesanych” chłopców, którzy najgorsze co przeżyli to śmierć chomika. Sztuczne poczucie humoru i słabe linijki wypowiadane przez lubianych aktorów. Do tego obowiązkowa rozpierducha na końcu i… właśnie usnąłem z nudów. Jeśli natomiast chodzi o obie części „Strażników galaktyki”, powiem to, co w 1975 roku zaśpiewał Eric Stewart w 10cc – I’m Not In Love.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wyspakukurydzy
Wyspa kukurydzy – recenzja
strazsasiedzka
Straż sąsiedzka – recenzja
dziendobrykocham_cie
Dzień dobry, kocham cię – recenzja
1 Komentarz
  • 11 maja 2017 at 22:54

    Hmmm czy tak jest nie wiem do końca. Autor chyba nie do końca uwzględnił wszystkie istotne kwestie…

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*