Skyfall

Rzetelna ocena przychodzi z czasem. Hurra-entuzjazm każdego, zagorzałego miłośnika bondowskiej serii stopniowo zanika wraz ze spadkiem ilości wydzielanych endorfin. Po kilku dniach od premiery możemy wreszcie zadać sobie pytanie – czy niebo faktycznie zawaliło nam się na głowy?

Wielu powie, że Skyfall to próba połączenia starego i nowego porządku, kompilacja tradycji z nowoczesnością, połączenie człowieczeństwa i słabości Bonda z jego odrealnionym wizerunkiem niezniszczalnej ikony. Owszem, jest to właśnie taka próba. Niestety… nieszczęśliwie dla widzów i dla samej serii nieporadna i nieudana.

Główny wątek, zazwyczaj mocno nakreślony, egzotyczny i intrygujący, obecnie zaś przeniesiony w rodzime strony, patetyczny i nieco zbyt patriotyczny jak na Agenta 007, traci na znaczeniu, kosztem pobocznych, niewiele wnoszących do rozwoju akcji scen, zrealizowanych jednak z prawdziwie bondowskim rozmachem.

Kilkakrotnie przenosimy się w czasie do miejsc niemal żywcem wyrwanych z odcinków serii realizowanych w latach 60′ czy 70′. Oświetlone światłem tysiąca lampionów, opływające złotem Kasyno w Makau wprowadza nas w nieco już zapomniany, klasyczny świat Jamesa Bonda jedynie po to by po chwili przenieść nas znów do deszczowego i przeciętnego współczesnego londyńskiego metra.

Zaproszono nas na ucztę z nazbyt rozbudowanym menu. Ogromna ilość zaserwowanych dań zaspokoiła apetyty wygłodzonych wrażeń widzów, jednak jak każda przesada, potrafiła znudzić nawet najbardziej wytrawnych smakoszy. Nieco zbyt amerykańska, nieco zbyt retrospektywna i chwilami niewybaczalnie słaba dialogowo, najnowsza wersja Bonda wprowadza nas w nostalgiczny nastrój, pełen tęsknoty za kosmopolityczną brytyjskością.

Zza flagi Zjednoczonego Królestwa wyłania się bowiem kilka amerykańskich gwiazdek a atak na MI6 i widok Londynu łopoczącego tysiącem brytyjskich flag powoduje, iż (sic!) bardziej spodziewamy się, iż za chwilę wybrzmi “Gwieździsty Sztandar” nie zaś będące bardziej na miejscu “God Save the Queen”.

Ogólnego wrażenia nie zatarły nawet znakomicie wykreowane role Bena Whishawa (Q), czy Javiera Bardema wcielającego się znakomicie w postać Raoula Silvy, wyważonego w swojej złoczyńczości, budzącego momentami zarówno współczucie i sympatię, jak też odrazę i przerażenie.

Pozostajemy zatem z pytaniem – Czy zbyt dobrze poznaliśmy Bonda? Czy faktycznie zbyt wiele wiemy i choć chcieliśmy tego od samego początku, wraz z wiedzą przyjdzie spowszednienie? Być może nie dziś i nie jutro, lecz przy następnej części nieśmiertelnej serii zapewne inaczej spojrzymy na bohatera odartego z, wydawałoby się, esencjonalnych i kluczowych dla wątku tajemnic.

Czytaj więcej recenzji na Plastrze Łódzkim!

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
whiskydlaaniolow
Whisky dla aniołów – recenzja
wrota_do_piekiel
Wrota do piekieł – recenzja
streetdance2
StreetDance 2 3D – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*