skubaniKino familijne w ciągu kilku ostatnich lat rozrosło się nam do potężnych rozmiarów. I nie są to filmy, gdzie obecność rodzica to jego przykry obowiązek. Bawią się zarówno dzieci jak i dorośli. Przyznać trzeba, że w większości przypadków ci drudzy bawią się nawet lepiej niż na „dorosłych” komediach, które skrzętnie rozmijają się z jakimkolwiek poczuciem humoru. Najnowszy film z tego nurtu – „Skubani”, który wyfrunął spod skrzydeł producentów Shreka, całkiem nieźle radzi sobie z utrzymaniem tych tendencji.

Film opowiada o przygodach dwóch indyków – Franka i Olo. Franek, ubogi cieleśnie, nadrabia w stadzie inteligencją. Niestety, jako że obraca się w dość głupawym towarzystwie nikt nie jest w stanie pojąć jego teorii o tym, że drewniany domek to wcale nie raj dla indyków, a miejsce, z którego przenoszą się w wersji pieczonej na stół w Dniu Dziękczynienia. Jak zwykle bywa inny nie ma w stadzie najłatwiej. Wyrzucony z fermy przez swoich pobratymców szczęśliwym trafem wychodzi z opresji cało, przenosząc się do prezydenckiego domu. Jednak i tam nie zagrzeje miejsca długo, bo na jego drodze staje Olo, czyli jego zupełne przeciwieństwo – samiec alfa z wielkim bicem, ale niewielkim móżdżkiem. Całe szczęście mięsień sercowy dorasta u niego rozmiarami do muskułów. Olo wplątuje Franka w plan uratowania swojej rasy od strasznego losu punktu w menu na Dzień Dziękczynienia, który został mu przekazany przez Kosmicznego Indyka.

Fabuła może i niezbyt zaskakująca, można by powiedzieć nawet sztampowa, ale weźmy pod uwagę, że jest to film skierowany do najmłodszego widza. Takie historie trafiają do niego najlepiej. Przy okazji nieskomplikowana fabuła jest dobrym tłem dla chwytliwych gagów, prostych sytuacji, które niezmiennie bawią. Humor tego filmu tkwi w samej kreacji postaci. A dokładając do tego głosy Cezarego Pazury i Piotra Fronczewskiego w rolach głównych mamy już pełen obraz komizmu zastosowanego w filmie.

Niewątpliwym plusem „Skubanych” jest doskonała animacja. Chyba właśnie w kinie familijnym widać jakie możliwości uzyskaliśmy w kinematografii dzięki rozwojowi techniki. Cały obraz jest dopracowany w najmniejszym szczególe, a ujęcia Ziemi widzianej z kosmosu czy przepiękne unoszenie się piór mogą autentycznie zachwycić.

Fakt faktem nie jest to dzieło na miarę „Shreka” czy „Kung Fu Pandy”, które można oglądać kilkanaście razy i nadal będą nas bawić. Niemniej jednak jest to dobra propozycja na oderwanie dzieciaka od playstation i spędzenie kilku chwil razem. Ani młodsi ani starsi nie będą zawiedzeni.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
hercules
Herkules – recenzja
dzikadroga
Dzika droga – recenzja
rana
Cinergia 2015: Rana – recenzja
1 Komentarz
  • 5 marca 2014 at 18:25

    😥 błagam pomocy napiszczcie mi producentów na za 5 MIN!!!!!!!!!!!!!!!!!!! np.paul rawilson i margaret terissin

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*