W 2015 r. na ekranach naszych kin oglądaliśmy „Sicario” w reżyserii Denisa Villeneuve’a i z niezwykłą muzyką Jóhanna Jóhannssona. Była to świetnie oceniana przez widzów, trzymająca w napięciu, mocna produkcja o tym, jak amerykańskie służby walczą z kartelami narkotykowymi oraz o moralności stosowanych przez nich metod. Film posiadał znakomite kadry i duszną atmosferę. I wydawało się, że był to obraz kompletny. Tymczasem okazuje się, że albo producenci wcale go za taki nie uważali albo zwyczajnie zwietrzyli pieniądze i postanowili nakręcić kontynuację tej produkcji. Tym sposobem mamy teraz w kinach „Sicario 2: Soldado”. Jak wypada w porównaniu z pierwszą częścią?

Ku mojemu, ale i pewnie niejednego fana „Sicario”, zdziwieniu kontynuacja jest brutalnym, męskim kinem na bardzo wysokim poziomie. Zdziwienie jest tym większe, że twórcy zmienili reżysera – „Sicario 2: Soldado” wyreżyserował Stefano Sollima (znany z serialu „Gomorra”), za zdjęcia odpowiedzialny był Polak Dariusz Wolski (a nie tak jak w „jedynce” Roger Deakins), zaś muzykę stworzyła Hildur Guðnadóttir, która próbowała być godnym następcą zmarłego Jóhannssona. Nawet obsada drugiej części „Sicario” jest uszczuplona i w zasadzie zostawiono jedynie panów Benicio del Toro i Josha Brolina, zabrakło natomiast miejsca dla Emily Blunt. Niemniej jednak zmiany te nie odbiły się aż tak mocno na filmie, który mimo wszystko pozostał w klimacie pierwszej części. Może jednak po kolei.

W „Sicario 2: Soldado” fabuła znów została oparta na walce Stanów z meksykańskimi kartelami narkotykowymi, dla których intratnym biznesem stał się przemyt ludzi. Po tym jak rząd amerykański uznał działalność tych organizacji za działalność terrorystyczną amerykańskie służby dostały zielone światło do walki z tym procederem poza prawem i bez żadnych zahamowań. A któż nadawałby się do takiej pracy lepiej niż znani nam Matt Graver z CIA(Josh Brolin) oraz jego kompan Alejandro (Benicio del Toro), którzy tym razem za cel obrali narkotykowego bossa Carlosa Reyesa.

Przyznacie, że tak zarysowana fabuła brzmi nieźle i w zasadzie faktycznie w trakcie seansu toczy się całkiem sprawnie. Jedynie z początku jest trochę chaosu, bo twórcy przenoszą nas z jednego miejsca w kolejne, a w całą historię mieszają wątek zamachowców, który później gdzieś się rozmywa. Poważniejszym mankamentem opowieści jest natomiast końcówka, aby nie zdradzać szczegółów powiem tylko, że dosyć absurdalna, która jednocześnie jest wyraźnym wstępem do kolejnej części. Niemniej jednak, kilka nie do końca trafionych rozwiązań fabularnych nie odbiera „Sicario 2…” tego, co chyba w tej produkcji najlepsze, a więc klimatu.

Odpowiedzialni bowiem za kadry i muzykę w drugiej części nie odeszli estetyką daleko od tego, co zostało zaprezentowane w „jedynce”. Stąd też w filmie mamy mnóstwo świetnych, długich ujęć, w tym sporo także tych z góry, z drona, które są bardzo widowiskowe (jak chociażby sceny pościgu meksykańskiej policji). Do tego soundtrack – niepokojący, podbijający tempo akcji, ale i stopniujący napięcie. To wszystko sprawia, że „Sicario 2: Soldado” ogląda się niemałym zaciekawieniem i dwie godziny seansu mijają bardzo szybko. Cegiełkę do klimatu tej produkcji dokłada jeszcze wszędobylska brutalność i wylewający się z ekranu testosteron, bo „Sicario…” zdominowane jest przez mężczyzn. Właściwie jedyną przeciwwagę dla męskich bohaterów stanowi postać Isabela Reyes (Isabela Moner) – córka narkotykowego bossa. Ten niedobór kobiet absolutnie jednak tu nie razi, a nawet i sprzyja dynamice akcji. W filmie wiele się dzieje, a ten męski, krwawy świat po prostu wciąga.

Co zaś istotne, wciąga nie tylko tych, którzy widzieli pierwszą część „Sicario”, ale i tych, którzy o Graverze i Alejandro nie słyszeli. Oczywiście, „Sicario 2: Soldado” nie wypada lepiej niż „jedynka”, ale w kinie rzadko zdarza się taka sytuacja. Jednakże w moim mniemaniu druga część niewiele ustępuje swej poprzedniczce i na pewno stanowi znakomitą rozrywkę, którą warto obejrzeć na wielkim ekranie.

Autor recenzji: Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
dziedzictwo
Dziedzictwo Bourne’a – recenzja
sierpnioweniebo
Sierpniowe niebo. 63 dni chwały – recenzja
elclan
El Clan – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*