sezonnakaczkiGdy brak prądu dzieci się nudzą. Po siedmiu latach od premiery w polskich kinach pojawił się Sezon na kaczki Fernando Eimbcke, znanego w naszym kraju dzięki Nad Jeziorem Tahoe.

   
Niedziela, godzina 11. W mieszkaniu zostaje jedynie czternastoletni Flama i jego przyjaciel Moko. Tu zaczyna się ich dwudziestoczterogodzinna opowieść. Co tez mogą dorastający młodzieńcy robić przez cały dzień?

Oczywiście pić coca-colę, zajadać się chipsami i grać w Halo na XBoxie. Wszystko jest cudowne, do chwili, gdy zabraknie prądu. Dopóki nie pojawi się ich sąsiadka, chcąca robić ciasto i dostawca pizzy, który spóźnia się z jej dostarczeniem.

Sezon na kaczki
to film, w którym niewiele się dzieje. Po prostu zderzenie czwórki bohaterów, ich małe dramaciki ujawniające się z każdą minutą tego obrazu.

Widać na kim wzorował się Eimbcke. Sezon na kaczki przypomina kino Jima Jarmuscha, pełne liryczności, nastawione na dialogi i długie, spokojne, czarno-białe ujęcia.

Nie do końca jednak mnie to przekonuje. Wydaje się, że to etiuda rozciągnięta do granic możliwości. Całość byłoby o wiele bardziej strawne w wersji 30 minutowej, a tak mamy ponad 80 minut powolnej, lekko nużącej opowiastki. Jednak to samo proponuje Jarmusch, a ogląda się w porządku, tak samo jest w wydaniu Eimbcke’go.

 

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Frankenweenie
Frankenweenie – recenzja
Wszyscy wiedzą – recenzja
koniecczasu
Koniec czasu. Wszystko zaczyna się teraz – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*