senszyciaZazwyczaj fabuły filmów pozwalają na znalezienie w nich punktów zaczepienia oraz wątków, z których następnie możemy wyciągnąć wyraźny sens całej produkcji. Zazwyczaj, a więc nie zawsze, nie w przypadku węgierskiej produkcji „Sens życia oraz jego brak” w reżyserii Gábora Reisza. Niby mamy tu jeden główny wątek, niby pojawia się idąca za całością refleksja, ale coś nie do końca tu gra. Może adekwatna do całości obrazu byłaby tu parafraza tytułu: sens filmu oraz jego brak, a może w tym braku celu opowiadanej historii przejawia się po prostu przewrotność twórców tego filmu.

Tak czy siak, sensu, tym razem w swoim życiu, nie widzi przede wszystkim główny bohater tej produkcji – Aaron (Áron Ferenczik). To postać prawie 30-letniego mężczyzny, który w życiu jest kompletnie nieporadny. Nie ma pracy, ba, nigdy jej nie miał i jakoś nie kwapi się do tego, by to zmienić, a wyzwaniem dla niego jest nawet samo napisanie własnego CV. Poznajemy go w momencie, gdy rzuciła go dziewczyna, a nasz bohater na wstępie dzieli się z nami dołującą refleksją, zgodnie z którą mógłby umrzeć w jakimkolwiek miejscu i nic wielkiego by się nie stało.

Przedstawiając nam historię Aarona i samą jego postać, reżyser Gábor Reisz trochę bawi się z widownią. Przez większość seansu ten bohater najzwyczajniej w świecie irytuje, wręcz chciałoby się nim potrząsnąć i powiedzieć, by wziął się w garść i zaczął coś w życiu robić. Z drugiej strony zapewne ta jego bierność, wycofanie, a i pewnie społeczne nieprzystosowanie powodują również uśmiech politowania, a momentami po prostu śmiech.

Mrugnięciem w stronę odbiorcy jest sama konwencja i kadry tej węgierskiej produkcji. Reisz postawił na całkowity misz-masz. Czy trafiony? Niekoniecznie, zbyt duża tu różnorodność, zbyt duży chaos. Operator serwuje nam a to podkreślające życiową niezaradność Aarona ujęcia pokazujące go siedzącego w ubraniu w wannie, a to przywołuje retrospekcje stylizowane na obrazy rodem ze starej taśmy VHS. Widzimy kadry w slow motion, by za chwilę obserwować kolegów głównego bohatera wypowiadających się prosto do kamery na kształt filmu dokumentalnego.

Wszystko to, łącznie z główną postacią obrazu, sprawia, że „Sens życia oraz jego brak” odbiera się jak coś z pogranicza dramatu i komedii. Idzie też za tym filmem gorzka myśl – ile w społeczeństwie ludzi takich jak Aaron, nieradzących sobie, żyjących w jakimś zawieszeniu i biernych. Nawet w rozmowach głównego bohatera z kolegami, którzy sami mają rodziny, pracę i przyzwoite zarobki, przewija się poczucie pewnej beznadziejności. Panowie bowiem zgodnie narzekają na węgierski rząd, bezrobocie, korupcję w kraju, komunikację miejską i co tylko się da. Brzmi trochę znajomo, a przysłuchując się takiej rozmowie można odnieść wrażenie, że postacie siedzą nie w Budapeszcie, a w jakimś polskim mieście. Koniec końców ani Aaron, ani jego kumple przez cały seans nie dochodzą do żadnych odkrywczych wniosków, postaw czy zmian i to trochę rozczarowuje.

Podsumowując należy zauważyć, że „Sens życia oraz jego brak” to kino bardzo odmienne od tego, co zazwyczaj widzimy w komediodramatach czy dramatach. Produkcja została dostrzeżona m.in. na festiwalu w Karlowych Warach, jednakże jest na tyle specyficzna fabularnie i realizatorsko, że akurat do mnie, jak i zapewne do przeciętnego widza nie przemawia.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
jesliniemytokto
Jeśli nie my, to kto – recenzja
wieczorpanienski
Wieczór panieński – recenzja
niezniszczalni
Niezniszczalni – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*