Druga filmowa część perypetii bohaterek kultowego serialu „Sex and the city”. O ile pierwsza próba przeniesienia życia czterech przyjaciółek z Nowego Jorku na wielki ekran mogła ciekawić i intrygować, kolejna jest całkowitym niewypałem. Przeładowana product placementem i sztampowymi dowcipami, zionie nudą. „Seks…” pod tą postacią spodoba się pewnie nielicznym.

Cztery przyjaciółki, Carrie, Samantha, Charlotte i Miranda, postanawiają uciec od wielkiego miasta i jadą do Abu Zabi. Podróż jest okazją do przemyśleń nad problemami osobistymi każdej z nich. Carrie obawia się rutyny, która wdziera się do jej wymarzonego małżeństwa z Mr. Bigiem. Charlotte przeżywa kryzys związany z byciem matką. Martwi się, że nie jest wystarczająco dobra w tej roli, a jej perfekcyjna natura nie ułatwia jej uporania się z rozterkami. Miranda z kolei ma problemy natury zawodowej. Szef zdaje się ignorować ją ze względu na płeć. Najstarsza z grupy przyjaciółek, Samantha walczy z upływem czasu i menopauzą.

Egzotyka kraju, zmiana otoczenia i moc przyjaźni oczywiście pomogą im z uporaniem się z problemami i zawiłościami losu. A wszystko to w otoczeniu wprost z prospektu turystycznego, albo reklamy Chanel no 5 Ridleya Scotta. Od samego patrzenia robi się mdło.

Do tej pory bohaterki „Seksu…” były ikonami mody. Teraz stały się chodzącymi reklamami najdroższych i najbardziej luksusowych marek odzieżowych. I choć wiele kobiet na świecie wzorowało się na stylizacjach z serialu, trudno wyobrazić sobie, że ktoś będzie zapożyczał pomysły wykorzystane przy tej produkcji. Nadmierna teatralność, przepych i blichtr – takie określenia chyba najlepiej opisują kostiumy (bo to już nie są ubrania) przyjaciółek. W niektórych kreacjach Carrie, Samantha, Charlotte i Miranda wyglądają po prostu groteskowo i śmiesznie.

Film jest płytki i nieciekawy. Mało w nim humoru i seksu. Nawet miasta jest w nim mało. Serial „Sex and the city” zrewolucjonizował spojrzenie na nowoczesną kobietę, singielkę żyjącą w wielkim mieście. Kinowa kontynuacja losów bohaterek telewizyjnego show nie zmieni niczego, poza stanem waszych portfeli. Zmarnowane dwie godziny czasu.
PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
erratum
Erratum – recenzja
zlotadama
Złota dama – recenzja
ostatniwaleppo
Ostatni w Aleppo – recenzja
1 Komentarz
  • anka
    8 czerwca 2010 at 13:46

    spodoba sie fanom serialu. nie jest plytki wcale. a basniowe ubrania i krajobrazy daja odczuc troche luksusu i czlowiek wychodzi z usmiechem z kina. rozwiniecie dlaszych losow przyjaciolek ciekawe. w ogole sie nie zgadzam z tym artykulem! bo recezja chyab nie jest, ani jednego pozytywu…

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*