W 2016 r. węgierki reżyser László Nemes podbił światowe festiwale kinowe mocnym i przygnębiającym „Synem Szawła”. Po trzech latach ciszy reżyser znów jest obecny w naszych kinach, tym razem z dużo spokojniejszym, żeby nie powiedzieć obojętnym, w odbiorze „Schyłkiem dnia”.

„Schyłek dnia”, podobnie jak poprzednie dzieło Węgra, znów pokazuje okrucieństwo ludzi i świata, tyle tylko, że tym razem historia osadzona jest w Austro-Węgrzech, dokładnie w Budapeszcie, na chwilę przed wybuchem Wielkiej Wojny. Kanwą do pokazania bezwzględności ludzi jest tu opowieść o Irisz Leiter (Juli Jakab), córce założycieli słynnego salonu kapeluszy, która przyjeżdża do rodzinnego miasta, by zatrudnić się w salonie jako modystka, ale też dowiedzieć czegoś więcej o swojej rodzinie i tożsamości. Ani główna bohaterka, ani my jako widzowie nie przypuszczamy jakie karty odkryje przed nami scenariusz tego obrazu.

A odkrywać jest co. László Nemes zadbał o to, by przez cały seans stopniować nam kolejne elementy układanki, pozostawiać jedynie skrawki informacji i pozwolić nam ułożyć sobie cały obraz wydarzeń równocześnie z Irisz. Jako widzowie przez cały seans jesteśmy więc skazani na podążanie za główną bohaterką – znów, tak jak w „Synu Szawła” dosłownie, bo większość zdarzeń śledzimy zza pleców dziewczyny. To z jej perspektywy poznajemy duszny, zakurzony, pełen brudu i ludzi Budapeszt – miasto, którego klimat w dużej mierze zbudowany został na mrocznych, ciemnych ujęciach. Razem z główną bohaterką przeciskamy się wąskimi, ciemnymi uliczkami, by za chwilę dla odmiany wyjść na główne, tłoczne ulice. Mijamy ludzi z wyższych sfer i osoby z rynsztoka, dorożkarzy, modystki, ludzi, którzy znali rodziców Irisz Leiter i jej brata. Wszystko po to, by odkryć tajemniczą intrygę związaną z salonem kapeluszy.

Niestety, mimo iż wydawać by się mogło, że takie poznawanie tajemnic wciągnie widza to okazuje się, że tym razem film László Nemesa nie potrafi tak zaangażować emocjonalnie jak robiła to jego poprzednia produkcja. Akcja w „Schyłku dnia” ma powolne tempo i wymaga od widza nie lada skupienia, co mocno przekłada się na odbiór obrazu. Zwłaszcza pierwsza połowa filmu może u odbiorcy budzić zniecierpliwienie i nie zdziwiłabym się, gdyby niejedna osoba przypięła tej produkcji łatkę nudnej. Co więcej, obraz ten jest również momentami bardzo chaotyczny – sama główna bohaterka biega chwilami bez ładu i składu. Zdarzają się też sceny, w których przestrzeń wypełniona jest niewiele wnoszącymi do fabuły dialogami. W trakcie seansu trudno więc czasami oprzeć się wrażeniu, że „Schyłek dnia” bywa męczący, a kroki, które podejmuje Irisz mało racjonalne.

W konsekwencji, choć „Schyłek dnia” jest kinem nieoczywistym, ambitnym i dobrze zrealizowanym to nie unika potknięć. Na pewno nie jest to kino, które trafi do szerszego grona widzów. Sama, bądź co bądź, interesująca koncepcja i wyłaniający się gdzieś z tła, świetnie ujęty obraz Austro-Węgier i społeczeństwa u progu wojny to trochę za mało, by w stu procentach przekonać do siebie widza.

/autorka recenzji – Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wyjazdintegracyjny
Wyjazd integracyjny – recenzja
tylkobog
Tylko Bóg wybacza – recenzja
zostanzemna
Zostań ze mną – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*