samotnoscliczbpierwszychSamotność liczb pierwszych to adaptacja książki Paolo Giordano o tym samym tytule. Z formą literacką nie przyszło mi się zapoznać, ale na płaszczyźnie filmowej dzieło to zdecydowanie niełatwe. Zarówno do oglądania jak i opisywania.

Przewrotny tytuł idealnie odnosi się do przedstawianej fabuły. Liczby pierwsze dzielą się tylko przez siebie i przez cyfrę jeden. Bliźniacze liczby pierwsze, takie jak na przykład 13 i 15, choć tak sobie bliskie zawsze oddzielone są od siebie liczbą parzystą. Parę głównych bohaterów przyrównać można właśnie do takich bliźniaczych liczb pierwszych. Ich losy są przez cały czas w pewnym stopniu powiązane, próbują się łączyć, jednak coś stoi zawsze na przeszkodzie. Mimo to niezależnie od swego wieku czy osobistych życiowych działań lub decyzji są obok siebie.

Ich więź jednak jest pokrzywiona. Tak jak i pokrzywieni są oni sami. Doświadczenia z dzieciństwa spowodowały, że ciąży nad nimi samotność, niedopasowanie, alienacja, krzywda. Dwie tak psychicznie obciążone jednostki spotykają się w liceum, by przez kolejne lata przybliżać się i oddalać, sprawdzać się, nieustannie poznawać i odkrywać.

Autor prowadzi widza przez skrawki wydarzeń nasączone nieproporcjonalnie duża ilością emocji i wrażeń. Można się pogubić, można się zapętlić w odróżnianiu postaci. Kilka płaszczyzn czasowych miesza się ze sobą, przeplata, odsłaniając różne konteksty i ukryte znaczenia. Odbiór nie jest łatwy. Trzeba się zupełnie poświęcić temu obrazowi filmowemu, skupić na nim, inaczej wszystkie wątki przepłyną nam beznamiętnie przez palce.

Sposób, za pomocą którego ta historia zostaje nam przedstawiona z pewnością nie zaskarbi szerokiego grona wielbicieli. Trudno wskazać tu jakąś konkretną, sztywno skonstruowaną fabułę – otrzymujemy głównie portrety psychologiczne bohaterów. Portrety ciężkostrawne, obce oglądającemu, postaci są na tyle zamknięte w sobie i zdegradowane psychicznie, że widzowi trudno się do nich przedostać. Jednak gra aktorska stoi na najwyższym poziomie – każda istota jest stuprocentowo autentyczna. (Szczególny pokłon w stronę Alby Rohrwacher, znanej między innymi z Jestem miłością.)

Skomplikowanie tego filmu trudno scharakteryzować, nie jest ono ani cechą pejoratywną, ani komplementem. Osobiście jednak bardzo cieszy mnie, że powstają produkcje, które są na tyle nieoczywiste, że trudne do przyporządkować, na tyle mocne, że fizycznie i psychicznie bolą samego widza.

/film obejrzany dzięki uprzejmości kina Charlie.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
senna
Senna – recenzja (DVD)
inkarnacja
Inkarnacja – recenzja
slincewzenicie
Słońce w zenicie – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*