rzeczomychmsutnych_dziwkachKocham realizm magiczny. Uwielbiam twórczość Gabriela García Márqueza. Jednakże jego powieści wiele tracą, w chwili kiedy zostają zekranizowane. Są one wyłącznie do czytania, nie oglądania.

Podobnie jest z Rzeczą o mych smutnych dziwkach. Nawet jeśli nie jest to największe dzieło tego autora, nie umywa się do Stu lat samotności czy Kroniki zapowiedzianej śmierci, to w formie, języku jest to po prostu mistrzostwo. Język książki nie tak łatwo przełożyć na język filmu. Z jednej strony obraz i dźwięk dopełniają, z drugiej nieco zubożają stronę emocjonalną, warstwę tekstową i pokazują wszelkie niedociągnięcia fabuły. Być może także dlatego żadna z powieści Marqueza nie doczekała się dobrej ekranizacji. I nadal tak niestety będzie.

Sabio, znany dziennikarz, wkrótce będzie świętować swoje dziewięćdziesiąte urodziny. Prezent jaki chce sobie sprawić jest dość prozaiczny – chce przespać się z nastoletnią dziewicą. Okazuje się, że nie jest to takie trudne. Jego pragnienie ma także wymiar metaforyczny – Sabio wie, że wkrótce umrze, wie również, że do tej pory nie zaznał prawdziwej miłości. Boi się samotnej śmierci, pragnie kobiety, „czystej karty”, w której się zakocha.

Narracja w Rzeczy o mych smutnych dziwkach jest frapująca. Wiele scen dzieje się równolegle w różnych przedziałach czasowych – widzimy młodego Sabio, czterdziestoletniego i umierającego. Czasem spotykają się, niekiedy mijają. A w tle one – kobiety, dziwki, ukochane. Od pierwszej – czarnoskórej, jednookiej, aż po ostatnią – niewinną dziewicę.

O czym wspomniałem na początku – książki Marqueza nie nadają się do ekranizacji, bo zostają okrojone ze swojego literackiego piękna. Podobnie jest z filmem Henninga Carlsena. Mimo dość frapującej atmosfery czuje się dość duży niedosyt i pustkę.

 

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
ambasador
Ambasador – recenzja
badboysplakat
Bad Boys. Cela 425 – recenzja
poliss
Poliss – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*