robinhoodOstatni raz po – niezwykle wdzięczny dla filmowców – motyw Robin Hooda sięgnął 20 lat temu Kevin Reynolds. Jego „Książę złodziei” z dobrą rolą Kevina Costnera i jeszcze lepszą Alana Rickmana jest filmem niezwykle przyciągającym, w którym nie można się nie zakochać. Jak na jego tle wypada najnowsza ekranizacja przygód banity z lasu Sherwood, której podjął się sam mistrz Ridley Scott?

 
Czy Robin Hood naprawdę istniał? Tak postawionym pytaniem mogę narazić się fanom tej legendarnej postaci. Rzeczywiście, wokół chłopca z łukiem z angielskich lasów narosło tyle mitów, że prędzej czy później musiał on zostać wpisany do kanonu bohaterów naszej cywilizacji. Dlatego też zabiegiem bardziej karkołomnym aniżeli rozważanie, czy Robin biegał kiedykolwiek po Sherwood, jest demitologizowanie tej postaci.

Pomysł twórcy „Gladiatora” może okazać się nie do przyjęcia dla miłośników średniowiecznego banity. Próba ukazania losów Robina przed znanymi nam dobrze faktami mogła okazać się strzałem w stopę. Na szczęście dla widzów, studium powstawania legendy jest równie ciekawe co stykanie się z legendą od samego początku. Nawet mimo tego, że nie ma w nowym „Robin Hoodzie” frywolnego zacięcia i płomiennego romansu, do których byliśmy do tej pory przyzwyczajeni.

Co mamy w zamian? Robina Longstride’a spotykamy gdzieś na północy Francji, u kresu angielskiej krucjaty. Ryszard Lwie Serce ginie, a nasz bohater, podszywając się pod jednego z rycerzy, odwozi do kraju koronę władcy. Sam natomiast, rzecz jasna z bandą swoich wiernych kompanów, jedzie do Nottingham, aby oddać miecz umierającego na polu walki rycerza jego ojcu.

Zamiast osławionego szeryfa (który, nawiasem mówiąc, w całym filmie jest postacią dalszego planu), na Robina czeka tam nowa tożsamość. Ojciec poległego Roberta z Loxley stwierdza, że ktoś musi zastąpić jego syna, a wybór pada rzecz jasna na niespodziewanego gościa. Robin, oprócz ciepłego kąta i kłaniających się w pas wieśniaków, otrzymuje w „posagu” Lady Marion – strudzoną farmerkę, która zwyczajnie nie ma czasu na miłosne uniesienia. To chyba właśnie dlatego romans obojga bohaterów rozpędza się niczym obładowany przed wakacjami w Bułgarii maluch.

Sielskie życie na prowincji pasowałoby wielu, ale nie Robinowi. Jego zawadiacki charakter sprawia, że znajduje się w samym środku międzynarodowego spisku. Nierozsądne postępowanie następcy angielskiego tronu, a także zmowa jego najwierniejszego przyjaciela z królem francuskim, mogą doprowadzić do rozpadu monarchii.

I właśnie w tym momencie rozpoczyna się proces szlifowania diamentu, jakim jest osoba Robin Hooda. Nasz bohater, waleczny i mężny rycerz, staje do walki i zyskuje sobie sławę i poklask wśród ludu. Królowi Janowi taka popularność potomka prekursora przyznania wszystkim równych praw jest nie w smak. Dalszą część wszyscy dobrze znamy – zdrada, nieunikniona banicja, a w końcu ukształtowanie się legendy, która trwa po dziś dzień.

Mamy odważnego buntownika, który broni sprawiedliwości i własnej wolności. Mamy również przeciwników – przedstawicieli złego systemu, którym obce są hasła honoru i ochrony interesów poddanych. Trudno oprzeć się wrażeniu, że podobne schematy wykorzystywał Scott w swoich wcześniejszych, skądinąd udanych, filmach. Uważny kinoman wychwyci dużo stycznych punktów między „Robin Hoodem” a „Gladiatorem”, „Obcym” czy „Łowcą androidów”.

Wyżej wymieniony zarzut nie oznacza jednak, że film jest wtórny i nijaki. Wręcz przeciwnie – akcja jest naprawdę dynamiczna i trzyma widza w fotelu do samego końca. Zdjęcia i muzyka są znakomite i idealnie wpasowują się w czasem podniosły, a czasem zawadiacki klimat opowieści. Monumentalna, końcowa scena nadmorskiej bitwy namalowana jest iście epicką kreską . Ciężko ją porównywać ze zdjęciami z pamiętnego „Gladiatora”, ale i tak robi wrażenie.

Mocną stroną obrazu jest gra aktorska. Świetna jest Cate Blanchett w roli dynamicznej i bezkompromisowej Marion. Na uznanie zasługuje też Max von Sydow, który przejmująco zagrał sędziwego, aczkolwiek poczciwego sir Waltera Loxley. Wszystkich jednak bije na głowę niezawodny Mark Strong, wcielający się w Godfreya – czarny charakter, który zdradził swojego przyjaciela, króla Jana bez Ziemi. Niezłe noty zbiera odtwórca roli tytułowej, Russell Crowe. Robin Hood w jego zamyśle jest i odważny, i awanturniczy – taki zawadiaka ze sporym poczuciem humoru i własnej wartości zarazem. Warto zauważyć, że jest to najstarszy aktor, któremu powierzono rolę banity z Sherwood.

Ridley Scott zręcznie balansuje między prawdziwą historią a literacką fikcją. Dzięki niemu o dotychczasowym pojmowaniu mitu Robin Hooda możemy zapomnieć. Na naszych oczach rodzi się legenda tego awanturniczego bohatera. Być może nie przekona ona wiernych fanów lidera Wspaniałej Gromadki, ale przynajmniej warto się zapoznać z tą wersją. Warto.

 

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wszczekach
W szczękach rekina – recenzja
lowcyglow
Łowcy głów – recenzja
lincz
Lincz – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*