Jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego lata nareszcie wszedł na ekrany kin. Zakochany (!) kapitan Jack Sparrow i jego załoga znów święcą tryumf, głównie jednak za sprawą marki, którą producenci stworzyli poprzednimi odsłonami Piratów z Karaibów

Filmu nie trzeba nikomu przedstawiać, Johny Depp w tej kreacji jest niewątpliwie nie do pobicia. Wszystko trzyma się kupy, jeśli idzie o klimat: patrząc w ekran miałam wrażenie, że siedzę w zadymionej i zapuszczonej żeglarskiej spelunie, zarówno dzięki świetnej scenografii, jak i efektom 3D – choć te przydały się tak naprawdę tylko w ciągu pierwszych trzydziestu minut. Trudno zawieść się na tej serii, jest tak dopracowana jeśli idzie o charakteryzację, muzykę i dialogi, że zawsze warto poświęcić na nią czas.

Wspomniana już muzyka jest genialna, kompozytorzy powrócili znów do głównego, wejściowego motywu, rozbudowując go o kilka naprawdę niezłych sekwencji. Mimo broniącej całości ścieżki dźwiękowej po seansie pozostaje tylko niesmak i prośba, by powrócił Gore Verbinski.

Sam film nie zachwyca, zbyt mocno idzie w stronę przygód Indiany Jonesa, który wyrusza na szaloną wyprawę z piękną kobietą u boku, kończy się zresztą bardzo podobnie. Miałam złudną nadzieję, że chociaż Cruz, znana z wielu genialnych ról, wykaże się na ekranie – niestety tak się nie stało. Zbyt mało miała do przekazania swoją postacią, być może za sprawą osadzenia jej w świecie zdominowanym przez mężczyzn, rządzonym twardymi, pirackimi prawami. To, co wyśmienicie udało się Keirze Knightley niestety nie wyszło pięknej, delikatnej mimo wszystko Angelice.

Ze starej, znanej widzom obsady ostali się tylko Sparrow i Barbossa – za to duży minus. Abstrahując od zubożenia całego klimatu filmu, całkiem prywatnie szkoda mi, że wątek romansu Bloom i Knightley naprawdę zakończył się tak, jak pokazała 3. część. Brakuje w zasadzie wszystkich, tak dobrze znanych postaci, które były indywidualne i dopełniały świetną (jak zawsze) kreację Jacka Sparrowa, a także oddawały atmosferę gorących Karaibów, na wodach których można spotkać niebezpiecznych piratów, dybiących na Twoje złoto i życie.

Zamiast wciąż krytykować należy również wspomnieć o pozytywnych stronach tej produkcji: świetne, zawadiackie dialogi, muzyka i pojedyncze sceny, które na pewno zapadną w pamięć każdemu. Warto iść? Moim zdaniem tak, choćby po to, by przekonać się, ile prawdy jest w moich słowach.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
obietnica
Obietnica – recenzja
ostatni2
Ostatni egzorcyzm. Część 2 – recenzja
ksiazepersji
Książę Persji: Piaski Czasu – recenzja
2 komentarze

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*