Luciano Pavarotti to przede wszystkim legendarny głos, gwiazda opery i charyzmatyczna osobowość. I właściwie tak też przedstawia nam tę postać Ron Howard w swoim, jakby nie patrzeć bezpiecznym, dokumencie zatytułowanym po prostu „Pavarotti”.

W nurcie powstających w ostatnich latach filmów biograficznych czy dokumentalnych o znanych osobach nie dziwi, że ktoś z filmowego świata pokusił się o zrealizowanie obrazu również o jednym z najsłynniejszych na świecie tenorów. Od początku było wiadomo, że będzie to trochę samograj, który Howardowi udało się wykonać z co prawda niemałym polotem, ale jednak bez szaleństw czy kontrowersji. W konsekwencji powstała swego rodzaju laurka dla śpiewaka doceniająca jego talent oraz wkład w światową operę i świat muzyki. Trzeba jednak oddać reżyserowi, że w swoim dziele próbował też odpowiedzieć na pytanie jakim człowiekiem był maestro.

Zaczynając od początku, film „Pavarotti” w zasadzie startuje od przybliżenia widzowi kilku faktów z dzieciństwa tytułowego bohatera i wyjaśnienia w jaki sposób znalazł się on na ścieżce do kariery tenora światowej klasy. Potem Howard przepuszcza nas przez kolejne lata życia i kariery Włocha, a pomagają mu w tym archiwalne materiały filmowe z wywiadów z nim, ale też prywatne nagrania dostarczone zapewne przez przyjaciół i rodzinę Luciano. Zarówno zresztą osoby z rodziny, jak i jego znajomi czy współpracownicy co rusz pojawiają się na ekranie i to przede wszystkim oni snują opowieść o tym utalentowanym człowieku. Cóż, pewnie dlatego, że w realizację filmu mocno zaangażowana była rodzina, twórcy wszelkie gorsze momenty z życia Pavarottiego jedynie nam sygnalizują, pozwalając wynieść z kina wyłącznie pozytywny obraz śpiewaka.

Pomijając jednak tą jednostronność obrazu, w „Pavarottim” są elementy, które wyszły Ronowi Howardowi świetnie. Po pierwsze, przy staraniu się, by przybliżyć widzowi wielkiego tenora jako człowieka, udało mu się bardzo fajnie oddać tą zawadiacką i łobuzerską część charakteru Włocha. Swoim uśmiechem i poczuciem humoru Luciano pewnie nie raz kupił sobie przychylność ludzi. Po drugie, reżyser wplótł w swój film sporo fragmentów z koncertów Pavarottiego, których przy nagłośnieniu w sali kinowej słucha się niesamowicie. Po trzecie zaś, gdzieś w tym wszystkim twórcy przemycili nam niemało spostrzeżeń i refleksji na temat samej opery i pracy zawodowego śpiewaka oraz przybliżyli trochę kulis. I nie da się ukryć, że to też bardzo wciągający element całej produkcji. W dodatku nie tylko dla konesera operowych dzieł. Zapewniam, że z perspektywy laika ogląda się to równie przyjemnie. I dlatego, ale również dla niezwykłej muzyki i tego niepowtarzalnego głosu myślę, że warto skusić się na seans „Pavarotti”.

autorka recenzji – Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wujekboonmee
Wujek Boonmee – recenzja
misskicki
Miss Kicki + Wszystko – recenzja
zywe
Żywie Biełaruś! – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*