oslo

Wiele osób widząc smutny, melancholijny plakat filmu oraz dosadny tytuł mogło pomyśleć, że Oslo, 31 sierpnia jest dokumentem na temat wydarzeń jakie miały w ostatnim lecie w Norwegii. Jest to mylne spostrzeżenie. Zwłaszcza, że akt terroru „autorstwa” Andreasa Breyvika miał miejsce 22 lipca. A film miał premierę w swojej ojczyźnie w maju tego samego roku.

Norweska produkcja opowiada losy Andresa, który dostaje przepustkę z ośrodka dla narkomanów w celu wyjazdu do Oslo na spotkanie w sprawie pracy. Robi to w przeddzień tytułowego 31 sierpnia. W stolicy przed i po spotkaniu postanawia odwiedzić starych znajomych. Spotyka więc dobrego przyjaciela, siostrę i resztę znajomych. Dodatkowo próbuje odnaleźć ukochaną i walczyć z chęcią kupna działki heroiny.

Film reklamowano jako obraz o współczesnym pokoleniu 30-latków. Na początku wątpiłem w to, bo pierwszy akt jest opowieścią czysto fabularną o losach uzależnionego Andresa. Jednakże wraz z każdy spotkanym znajomym moje wątpliwości zostały rozwiewane. Przez cały drugi akt mamy pokaz różnych postaw życiowych 30-letnich Norwegów i Norweżek. Są to osoby pełne niespełnienia, rozgoryczenia, żalu. Czują, że czegoś im brakuje. Albo maskują to dość dobrze. Widz ma do zobaczenia całą plejadę tych postaw… Niestety, nie zauważyłem żadnej pozytywnej. A dla mnie jako 21-latka jest to przerażająca wizja, bo sam się martwię czy nie skończę tak jak osoby napotkane przez bohatera. A moje zmartwienia powiększył seans tego filmu. Mam przez niego ochotę przybrać postawę na Piotrusia Pana.

Dzieło Joachima Triera działa na emocje widza. Zwłaszcza zakończenie, które spowodowała, że nawet bardzo rozgadana parka obok mnie wyszła w milczeniu mimo tego, że przez cały seans szczebiotała słodko. Oslo, 31 sierpnia używając prostych środków potrafi opowiedzieć historię tak pełną emocji, że nie potrzeba tam wielkich dramatycznych scen pełnych ekspresji. Właśnie to w tych ograniczonych ruchach i smutnych twarzach widać prawdziwe zbiorowisko emocji.

Aktorzy świetnie wywiązali się ze swoich ról. Jednakże nie ma tu jakieś roli wybijającej się naprzód oprócz głównego bohatera, który niekiedy zachowuje się bardziej jak reporter przeprowadzający wywiady niż aktywny uczestnik wydarzeń.

Dla mnie ciągłe zastanowienie w trakcie seansu budziło ciągłe wykorzystywania przez autorów planów ogólnych. Jednakże w zakończeniu dostałem odpowiedź gdy te same ujęcia zostały powtórzone tylko z pewnymi modyfikacjami. Kolejny prosty sposób na pokazanie czegoś tak działającego na serce i dusze, że widownia wychodzi w milczeniu. Mym zdaniem ten film jest dla każdego. Dla 30-latków by mogli się przejrzeć w tym filmie jak w lustrze. Dla starszych by mogli zrozumieć „młodsze” pokolenia. A dla młodszych ku przestrodze.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
beattheworld
Beat the world. Taniec to moc – recenzja
battleship
Battleship: Bitwa o Ziemię – recenzja
hemel
Hemel — recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*