7369475.3

Woody Allen nadal podróżuje po Europie. Tym razem zawitał do stolicy Francji, która od lat uchodzi za miasto zakochanych. Na szczęście nie wciąga widza w kolejną paryską historię miłosną. Zabiera nas w podróż sentymentalną w lata 20., w których możemy spotkać ówczesną elitę intelektualną.

Reżyser zabawił się w demiurga przeszłości. Jego podwójna natura flâneura-spacerowicza i voyeura-podglądacza objawia się w nostalgicznym spoglądaniu wstecz. Motyw uwielbianych i modnych lat dwudziestych jest wykorzystany przez Allena do cna. Połechta ego tych, którzy chcą się nazywać intelektualistami i zadowoli zakochanych w urokliwym klimacie tamtej epoki.

Alter ego reżysera – Gil (Owen Wilson), rozchwytywany scenarzysta hollywoodzkich produkcji, który marzy o zostaniu pisarzem przyjeżdża do Paryża wspólnie z narzeczoną i jej rodzicami. On zafascynowany klimatem paryskich uliczek wkrótce przeżyje magiczną przygodę. Oni spędzają urlop w drogim hotelu, wśród przepychu wykwintnych dań i eleganckich apartamentów niczym każdy szanujący się drobnomieszczański snob.

Główny bohater (i widzowie) dostaje od reżysera niezwykły prezent – spotkanie z twórcami XX-wiecznej kultury. Allenowski Francis Scott Fitzgerald, Pablo Picasso, Luis Buñuel, Salvador Dalí, Cole Porter czy Ernest Hemingway to zmitologizowane wyobrażenie wielkich mistrzów. Zabawa i gra to przecież ulubione chwyty twórcy Zeliga. Tym razem Allen żongluje faktami i plotkami z życia swoich poprzedników. Mistrzowsko skonfundowany Buñuel, absurdalny Dalí (świetny Adrien Brody), Zelda Fitzgerald próbująca popełnić samobójstwo, zapity i zazdrosny o talent innych Hemingway. Wyprawy Gila w przeszłość zabytkowym autem to humor w dobrym, Allenowskim stylu.

Część dziejąca się we współczesności to zjadliwa krytyka zaślepionego amerykańskiego społeczeństwa, w którym liczy się dobre wrażenie, pieniądz i prestiżowy zawód. Doskonale oddaje to potyczka między pseudointelektualistą Paulem (Michael Sheen) a przewodniczką graną przez Carlę Bruni. Oczywiście nikt ze współczesnych nie zrozumie głównego bohatera, jednak ten wie, że życie przeszłością jest ułudą, której należy się wystrzegać.  

Jednak nie tylko dobrych epizodów, aluzji do literatury i sztuki oraz prostego morału oczekujemy od twórcy Annie Hall. „Nostalgia to choroba” – powiedział w jednym z wywiadów Woody Allen. Nostalgia w O północy w Paryżu wygrywa i dominuje nad całością. Czekam jednak na kolejny film tego reżysera z nadzieją, że tym razem będzie to mistrzowska gra, o której będzie można myśleć godzinami. Na razie zostaje zadowolić się podróżą w przeszłość z oczywistym morałem. Uroczy film, ot co.

Przeczytaj także inne recenzje na Plastrze Łódzkim!



PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
pacificrim
Pacific Rim – recenzja
Na_zawsze_Laurence
Na zawsze Laurence – recenzja
koszmarzulicywiazow
Koszmar z ulicy Wiązów 2010 – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*