W 2016 r. na dużym ekranie gościliśmy świetną, słodko-gorzką, włoską produkcję „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” Paolo Genovese. Twórcy tego obrazu sprzedali do niego prawa i jak dotąd film może pochwalić się kilkunastoma remake’ami w różnych rejonach świata, w tym w Polsce. Mamy więc właśnie w kinach „(Nie)znajomych” w reżyserii Tadeusza Śliwy. I co prawda można rozwodzić się nad sensem powielania w rodzimym kinie czyjegoś pomysłu, ale można też podejść do seansu jak do spotkania z dobrze znaną sztuką, tyle, że w innym teatrze i z inną obsadą i dobrze się na nim bawić.

Zaczynając jednak od początku, trzeba jasno powiedzieć, że „(Nie)znajomi” są niemalże w całości tożsami z włoskim pierwowzorem, różnią się jedynie detalami, które właściwie bardziej przybliżają produkcję do polskich realiów. Polscy twórcy starali się nie kombinować natomiast z fabułą i jedyną poważną zmianą (co prawda nieudaną) jest zmiana zakończenia. Poza tym, podobnie jak w oryginale, tak i w polskiej wersji mamy siódemkę znajomych, którzy jedząc razem kolację wpadają na pomysł zagrania w szaloną grę. Zgodnie z przyjętymi zasadami wszystkie telefony lądują na stole, a wszelkie smsy czy połączenia są jawne i odczytywane na głos. Dla niektórych z naszych bohaterów brzmi to ryzykownie i jak się okazuje takie też jest. Bo jak łatwo się domyślić lub po prostu przypomnieć sobie „Dobrze się kłamie w miłym twarzystwie” w miarę trwania kolacji na jaw zaczynają wychodzić niewygodne fakty czy skrywane tajemnice, a my obserwujemy jakie wywołuje to reakcje wśród uczestników kolacji oraz jak wpływa na relacje pomiędzy nimi.

Oczywiście wszystko to rozgrywa się na metrażu jakiegoś większego mieszkania w centrum Warszawy, a akcja przenosi się najdalej na balkon, tocząc się przez większość seansu przy stole w salonie. Jest kameralnie, ale i niejednokrotnie gęsto od emocji. Cała produkcja przypomina właśnie wspomnianą wcześniej sztukę teatralną. Sztukę, która jak się okazuje i w polskich warunkach została zrealizowana bardzo sprawnie i z dużym wyczuciem balansu między elementami komediowymi, a dramatycznymi. Bo nasi znajomi to towarzystwo, które od początku dużo żartuje, a i niektóre osobowości samym swoim usposobieniem wprowadzają do filmu humor. Co też mile widziane, twórcy postarali się, by ten humor choć trochę ocierał się o nasze polskie przywary. Ale śmiech to nie wszystko, bo w miarę upływu minut i trwania szalonej zabawy wszystkim grzęźnie on gdzieś w gardle, a reżyser sprowadza nas na ziemię zarzucając nas refleksjami. Głównie nad kondycją związków, zaangażowaniem w życie z drugą osobą, samotnością wśród ludzi, swoją tożsamością, wreszcie gdzieś tam też nad kreowaniem swojego wizerunku w oczach innych.

Ale zarówno ta warstwa refleksyjna, jak i komediowa w takim kształcie nie byłaby możliwa, gdyby nie obsada, która spisała się po prostu dobrze. Do realizacji „(Nie)znajomych” została zaangażowana cała plejada znanych twarzy od Tomasza Kota i Łukasza Simlata zaczynając, a na Kasi Smutniak, nota bene współproducentki, kończąc. Ta ostatnia wcieliła się w tę samą postać, którą miała okazję grać we włoskim pierwowzorze. I podobnie jak w „Dobrze się kłamie…”, tak i w rodzimym obrazie miała do stworzenia kreację może i oszczędną w dialogach, ale dosyć wymowną. Mnie zaś najbardziej podobała się postać wykreowana przez Łukasza Simlata – w polskich warunkach odegrał stereotypowego Janusza i wyszło mu to naprawdę fajnie.

I tak też można podsumować ten film – wyszło nad wyraz fajnie, co jest niemałym zaskoczeniem. Aż szkoda, że nie jest to oryginalna polska produkcja i że niestety wśród naszych komedii ze świecą szukać tak zgrabnie nakręconych, niegłupich obrazów. Tak czy siak, seans „(Nie)znajomych” polecam, zwłaszcza tym, którzy nie widzieli włoskiego pierwowzoru.

/autorka recenzji – Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
tetro
Tetro – recenzja
zwariowac
Zwariować ze szczęścia – recenzja
latajacamaszyna
Latająca maszyna – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*