niezgodnaŚwiat po wyniszczającej wojnie, ocalałe miasto pośrodku niczego oraz społeczeństwo, które opracowało system pozwalający na zachowanie porządku i ładu – tak w skrócie można opisać kolejną wariację na temat utopii w niedalekiej przyszłości. Dodajmy do tego powiększającą się rysę na szkle genialnej, społecznej maszynerii i dorastającą Beatrice, która nie jest tak naprawdę pewna, czego oczekuje od życia, ani od siebie – z tych puzzli otrzymujemy Niezgodną.

Na czym polega istniejący system? W chwili uzyskania pełnoletniości każdy mieszkaniec Chicago musi zostać poddany testowi, który określi jakich cech osobowości posiada najwięcej – bezinteresowności, inteligencji, serdeczności, odwagi lub uczciwości. Wynik testu wskazuje wybór najlepszej dla danej osoby frakcji, w której pozostaje i rozwija się do końca życia. A w czym tkwi problem Beatrice? Nie czuje się dobrze we frakcji, do której należy przez pokrewieństwo (bezinteresowność), a na dodatek test, który miał jej pomóc w decyzji, nie wskazuje jednoznacznej odpowiedzi. A tym już wypada się poważnie martwić. Miotana sprzecznymi emocjami nastolatka, chcąc jednocześnie chronić i nie ranić rodziców, ale również zapewnić sobie bardziej pewną przyszłość w świecie, gdzie Niezgodni, są wyłapywani jako niebezpieczne jednostki, „ukrywa” się we frakcji Nieustraszonych. Tam czeka na nią wiele przygód, jednak na widza trochę mniej.

Mimo całkiem ciekawego pomysłu, który w zalążku musiał się jawić jako coś spektakularnego, film całościowo nie zachwyca. Powstał kolejny komercyjny obrazek, który czerpie z popularnych schematów oraz upraszcza poważną problematykę, po to by mógł ją przyjąć przeciętny odbiorca. Spłyca się rozterki dotyczące relacji w rodzinie, młodzieńcze zauroczenia, powody politycznych rozgrywek, kwestię wyboru pomiędzy konformizmem a buntem, jak i motywacje, które kierują główną bohaterką. Wszystko tu ślizga się po powierzchni banału i oczywistości, co nie dziwi, bo próby zawarcia w filmie wszystkiego, kończą się zazwyczaj miernym rezultatem.

Dodatkowo film utrzymany jest na podobnym poziomie akcji. Po szalenie rozbudowanym wstępie, widz ma prawo oczekiwać jakiegoś wyraźnego zawiązania akcji. Nic takiego się nie dzieje. Reżyser „przerzuca” widza od sceny do sceny, w których napięcie – z założenia wysokie poprzez ciągłe zmiany otoczenia – jest jednak zbliżone. Sposób ten nie utrzymuje uwagi widza. Duży udział w tym również mają młodzi aktorzy, którzy grają bez wyrazu i obojętnie, gdzie oczywistość goni oczywistość. Nawet Kate Winslet poddała się atmosferze produkcji i nie zapada w pamięci widza.

Adekwatną do poziomu filmu może być prawda stara jak świat: pomysł to nie wszystko. Nawet jeśli weźmie się na warsztat palący problem, doda się do tego efekty specjalne, zaprosi kilku znanych aktorów oraz tych kilku mniej oraz splecie kilka wątków, by nadać akcji epicki rozmach, to ostatecznie… coś nadal może się nie zgadzać.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
conaskreci
Co nas kręci – recenzja
joyfilm
Joy – recenzja
smerfy
Smerfy – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*