niepamiecJak to dobrze, że nawet komercyjne, amerykańskie kino potrafi czasem pozytywnie zaskoczyć. Niepamięć to niespodziewanie dobry film, na który bezsprzecznie warto się wybrać.

To co w nim najciekawsze, to nie gra aktorów czy sama opowieść, a „smakołyki”, dodatki – niezwykle sugestywna muzyka zrealizowana przez M.8.3 oraz fenomenalne zdjęcia i efekty specjalne. Ziemia 2077 roku, to planeta wymarła, zniszczona, “przeżarta” kataklizmem. Miejsce, gdzie po człowieku pozostają jedynie niewielkie ślady – resztki po największych budowlach – drapaczach chmur czy stadionach. Ziemia 2077 roku, to planeta odradzająca się, z jednej strona pustynia, z drugiej powoli odbudowujący się raj roślin.

W takim właśnie świecie, na stacji kosmicznej, żyje Jack Harper (Tom Cruise), który w raz z żoną Victorią (Andrea Riseborough) zajmują się obserwacją oraz naprawą dronów strzegących Ziemię przez “padlinożercami”. Pięcioletnia misja Jacka dobiega końca, prawie cała woda z planety została już wyssana do specjalnych kontenerów. Już wkrótce rozpocznie się podróż na Tytana, gdzie obecnie żyją ziemianie, ale… No właśnie i tu zaczyna się opowieść. Pełna niedomówień oraz zaskakujących zwrotów akcji.

Niepamięć, to niespodziewane dobre kino s-f klimatem zbliżone do kultowego już Moona Duncana Jonesa z rewelacyjną i niestety niedocenioną rolą  Sama Rockwella. W szczególności klimat obu produkcji jest dość podobny – pełen niedopowiedzenia, tajemnicy i osamotnienia. Być może ci, którzy pójdą na najnowszy film z Tomem Cruisem w roli głównej z nadzieją, że obejrzą kolejne płytkie kino akcji mogą się czuć ciut zawiedzeni i znudzeni niespiesznym klimatem opowieści. Ci jednak, którzy poszukują czegoś więcej, powinni być dość nasyceni.

Fakt, w filmie autorstwa Josepha Kosinskiego pojawia się sporo klisz, znanych chociażby ze wspomnianego Moona czy 2001: Odysei Kosmicznej, jednak całość “opakowana jest” niezwykle kunsztownie i niezwykle  „zdatna do spożycia”. Nawet Tom Cruise nie mierzi i da się go oglądać. Niepamięć to dobre kino science-fiction, na które powinien wybrać się każdy fan gatunku, kto szuka czegoś więcej, niż tylko dwóch godzin walki z kosmitami.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
streetdance2
StreetDance 2 3D – recenzja
transformers4
Transformers: Wiek zagłady – recenzja
oceanprzygod
Ocean Przygód 3D – recenzja
1 Komentarz
  • ben
    23 kwietnia 2013 at 21:11

    Wreszcie ktoś w necie zauważył, że SF to nie muszą być przefilozofowane smuty albo 2 godziny nawalanki. Czasami ktośtrafia w złoty środek jak Kosinski.

    Bardzo celna recka.

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*