nienawistnaWiększość piętnastolatków z reguły uczęszcza do szkoły i poświęca się zainteresowaniom. Wolne chwile upływają na spotkaniach z przyjaciółmi, gdzie alkohol zastępuje książkę, a papieros kanapkę w lunch boksie. Życie od soboty do soboty jest wizytówką tego wyjątkowego etapu. Quentin Tarantino dorastał w nieco inny sposób. W wieku 15 lat podjął pracę w kinie, w którym puszczał filmy porno. Pracodawca zwolnił go po tym, jak dowiedział się, ile wiosen faktycznie liczy młody Quentin. Kolejnym miejscem na jego mapie zawodowej była, mieszcząca się w Kalifornii, wypożyczalnia kaset wideo – Video Archives. To właśnie w tym miejscu powstawały pierwsze wersje jego scenariuszy. Młody Quentin miał tak obszerną wiedzę na temat kina, że ludzie przychodzili tam nie tylko po film, ale także po to, by wysłuchać „wykładów” przyszłego reżysera.

W połowie lat osiemdziesiątych, na imprezie w Hollywood, Tarantino poznał przyszłego producenta swoich filmów – Lawrence’a Bendera. Ten zlecił mu napisanie scenariusza do filmu „My Best Friend’s Birthday”. Tarantino był nie tylko autorem projektu, ale także reżyserem. Kiedy film był niemalże ukończony, w laboratorium wybuchł pożar. W konsekwencji większość zarejestrowanego materiału uległa zniszczeniu. Wydawać by się mogło, że wszystko stracone. Nic z tego. Scenariusz do „My Best Friend’s Birthday” posłużył później jako zapalnik do powstania kultowego dziś filmu „Prawdziwy romans”. W ten oto sposób Tarantino przedostał się na drugą stronę filmowej subkultury, a jego trzy pierwsze produkcje – „Wściekłe psy” (1992), „Pulp Fiction” (1994) i „Jackie Brown” (1997) uchodzą dziś za klasyki kina.

Jego ósmy film, nie bez powodu zatytułowany „Nienawistna ósemka”, opowiada o grupie ośmiu rzezimieszków uwięzionych w opustoszałej chacie na obrzeżach Wyoming. W ich skład wchodzą: łowca nagród John „Szubienica” Ruth, przestępczyni Daisy Domergue, łowca nagród  major Marquis Warren, generał armii konfederatów Sandy Smithers, szeryf Chris Mannix, kowboj Joe Gage, Meksykanin Bob i kat Oswaldo Mobray.  Każdy z nich ma coś do ukrycia, a słowo ‘zaufanie’ jest dla nich tym, czym dla Bonda koktajl z tartych warzyw.

Już pierwsze minuty „Nienawistnej ósemki” dają widzom do zrozumienia, że nie będzie to dzieło w stylu ostatnich filmów Tarantino. Reżyser powraca do swoich sprawdzonych motywów sprzed ponad dwudziestu lat. Zamknięta przestrzeń i niewielka ilość bohaterów przywodzą na myśl jego oficjalny debiut – „Wściekłe psy”. Jest to dowód na to, że filmowa klaustrofobia może być urocza, a wycieczka w przeszłość krokiem na przód.



   
Trudno nie rozbijać „Nienawistnej ósemki” na czynniki. Scenariusz kipi od poprawnie skonstruowanych dialogów, jednak do klasy “Pulp Fiction” czy “Bękartów wojny” daleko. Zdjęcia autorstwa Roberta Richardsona idealnie oddają nastrój grozy i niepewności. Pomimo niewielkiej przestrzeni do dyspozycji operator wykorzystuje każdy, nawet najdrobniejszy jej element, aby spotęgować wrażenie klaustrofobiczności. Muzyka mistrza – Ennio Morricone spaja wszystkie fragmenty tak, że żadna nuta nie wybrzmiewa tu przypadkowo. Każdy, kto obcował z dziełami tego kompozytora dobrze wie, o czym mowa.
   
Najlepszym elementem „Ósemki” jest jednak zespół aktorski. Są tu aktorzy, z którymi Tarantino współpracuje od dłuższego czasu (Kurt Russell, Samuel L. Jackson, Michael Madsen, Tim Roth), ale także tacy, którzy po raz pierwszy mieli przyjemność wystąpić u reżysera. Na szczególną uwagę zasługuje nominowana za swoją rolę do Oscara Jennifer Jason Leigh. W ostatnim czasie aktorka nieco się „zakurzyła”, przez co wielu widzów po prostu o niej zapomniało. Rolą Daisy Domergue powraca w wielkim stylu i przypomina wszystkim o swojej klasie.
   
Przemoc jest nieodzownym składnikiem filmów Tarantino. Tutaj pojawia się dość późno, jednak kiedy już stawia pierwszy krok, staje się nazbyt intensywna, przez co może zrazić co bardziej wrażliwych widzów. Z drugiej strony mamy do czynienia z westernem, którego ramy gatunkowe nakazują wręcz, aby było krwawo i nieprzyjemnie. Jeśli „Django” wydaje się filmem pełnym przemocy to przy „Nienawistnej ósemce” jest jedynie bajką ze stajni Pixara. Jest to jedyny zarzut do całej produkcji. Tym razem Tarantino przekroczył granice dobrego smaku. W tym przypadku przemoc nie bawi, a powoduje grymas na twarzy.
   
Wielu zarzuca Tarantino narcyzm i samouwielbienie. Byłaby to słuszna uwaga, gdyby jego nowe dzieło było faktycznie „odgrzanym kotletem”. To, że reżyser powraca do sprawdzonych patentów, nie czyni „Ósemki” filmem nieoryginalnym czy wtórnym. Należę do grona tych osób, które cenią przede wszystkim trzy pierwsze produkcje Tarantino wymienione kilka akapitów wyżej. Nie rozumiem fenomenu „Kill Bill”, „Deathproof” czy „Django”, co nie jest równoznaczne z tym, że uważam je za słabe. Po prostu Tarantino lepiej wychodzą filmy stonowane, gdzie to dialog nadaje mordercze tempo, a nie strzały z broni. Jeśli ktoś uważa, że powrót do korzeni w przypadku Tarantino jest czymś nagannym, to najprawdopodobniej w wieku piętnastu lat chodził do szkoły.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
01_Braterstwo
Braterstwo – recenzja
bodycialo
Body/Ciało – recenzja
domwglebilasu
Dom w głębi lasu – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*