niceguys„Zabójcza broń” z 1987 roku to pierwszy film, jaki obejrzałem. Miałem wtedy pięć lat. Rodzice nigdy nie dopuściliby, abym obejrzał taki film w tak młodym wieku. Na szczęście przebywałem wtedy u stryja, który co jakiś czas pozwalał mi oglądać obrazy pełne seksu, przemocy i wulgaryzmów. Brzmi to może nieco patologicznie, ale po latach nie widzę w tym niczego złego. Film nagrany był na starej kasecie VHS. Oglądałem go kilka razy w tygodniu. Upłynęło dziesięć lat.

Zacząłem zwracać uwagę na listę nazwisk pojawiającą się na początku filmu. Wyczytałem, że scenarzystą jest niejaki Shane Black. Część osób pewnie w ogóle nie łapie, jak ważny z niego gość. Facet rozpoczął modę na „buddy movie” – kumpelskie kino akcji. Bez niego nie byłoby żadnych „Kac Vegasów”, „Szklanych pułapek” i tym podobnych tworów. Do kin weszli właśnie „The Nice Guys” – trzeci reżyserski projekt Shane’a. Nie zaryzykuję, jeśli powiem, że to jeden z najlepszych filmów tego roku.

Tytułowi „The Nice Guys” to detektyw Holland March (tchórzliwy pijak) i Jackson Healy (mordołamacz do wynajęcia). Otrzymują zlecenie odnalezienia pewnej młodej dziewczyny – Amelii. Okazuje się, że porwanie to tylko jeden szczebel na długiej drabinie intryg. Niepasujący do siebie duet podejmuje współpracę, narażając się mafii i ludziom ze świata pornograficznego showbiznesu.

„The Nice Guys” to przede wszystkim uczta dla miłośników neo-noir, brudnych sensacji z lat 70-tych i czarnej muzyki rozrywkowej. Znajdziemy tu mnóstwo nawiązań do filmów „Harper” (1966), „Brudny Harry” (1971) i szeroko pojętego kina Blaxploitation. Shane Black doskonale żongluje tematami. Co jakiś czas wplecie nawet jakiś element z kina slapstickowego. Bardziej „ogarnięty” widz zauważy, że reżyser kopiuje postaci ze swoich starszych filmów – córka Marcha – Holly – do złudzenia przypomina pociechę Bruce’a Willisa z „Ostatniego skauta”. To nie jest zarzut. Postaci dzieci w scenariuszach Blacka bardzo często kradły film jego głównym gwiazdom. Odtwarzająca rolę Holly Angourie Rice momentami faktycznie przyćmiewa Crowe’a i Goslinga.



   
Największą zaletą Blacka jako scenarzysty jest umiejętność tworzenia męsko – męskich duetów. Zarówno w „Zabójczej broni”, jak i „Ostatnim skaucie” bohaterowie bardzo szybko wzbudzili sympatię widzów. W przypadku „The Nice Guys” efekt jest taki sam. Z pozoru poważny Russell Crowe jest idealną przeciwwagą dla fajtłapowatego, wręcz głupiego Ryana Goslinga. Między aktorami czuć braterską chemię. Ponadto nie oferują oni swojego standardowego pakietu min. Gosling ujawnił nagle swój talent komediowy (i to nie byle jaki!), a Crowe jedynie podkreślił, że wciąż „ma jaja” i nawet z wielkim brzuchem potrafi wzbudzić zachwyt damskiej publiczności.
   
„The Nice Guys” to rozrywka na najwyższym poziomie. Obawiam się jedynie, że młodsi widzowie wychowani na dzisiejszych komediach sensacyjnych bez polotu, nie do końca „ogarną” to, co starszy widz poczuje od razu. Twórcy filmu ewidentnie mają ochotę na kontynuację. Miejmy nadzieję, że „The Nice Guys” zarobi dobrą sumkę i za dwie wiosny znowu będę mógł poczuć się jak ten mały pięcioletni chłopiec.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
kochankowiezksiezyca
Kochankowie z księżyca – recenzja
sds
Sklep dla samobójców – recenzja
wkraczajac
Wkraczając w pustkę – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*