miloscfabickiMimo iż dorobek fabularny Sławomira Fabickiego jest skromny, to sam reżyser zdążył już zaistnieć na międzynarodowych festiwalach filmowych. Pierwszym tytułem, który go wypromował i został doceniony przez krytykę był krótkometrażowy film aktorski Męska rzecz (2001), otrzymał on m.in. nominacje do Oscara, czy Europejskiej Akademii Filmowej.

W 2006 roku przyszła kolej na debiut fabularny Z odzysku, obraz ten wyróżniony został przez Jury Ekumeniczne na festiwalu w Cannes. Uzyskał również liczne nominacje m.in. do Złotych Lwów na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Minęło sześć lat i reżyser powrócił do kin z kolejnym tytułem (przyp. Miłość), od razu rodzi się pytanie, czy ma on szansę powtórzyć sukcesy poprzednich produkcji?

Miłość – tytuł najnowszego dzieła Fabickiego nie jest w tym przypadku bez znaczenia. To słowo, które jest tak ważne w życiu każdego człowieka idealnie wpasowuje się bowiem w wydarzenia, które mamy okazje obserwować podczas seansu. Marysia (Julia Kijowska) i Tomek (Marcin Dorociński) spodziewają się dziecka. Życie układa im się pomyślnie, małżonkowie bardzo się kochają, oboje mają pracę – można by rzec prowadzą sielskie życie. Niestety, jedno wydarzenie przewraca ich życie do góry nogami i całe małżeńskie szczęście pryska jak bańka mydlana. Obserwując te rozterki można zadać pytanie: czy miłość między tą dwójką jest tak silnym uczuciem, że przezwycięży wszystkie niedogodności stawiane przez los?

Miłość jest w kinie wszechobecna, niemal każdy film zawiera jakiś aspekt z nią związany. Dlaczego tak jest? Myślę, że siła tkwi w symbolice tego słowa. Fabicki również bawi się z widzem, ponieważ u niego to uczucie przybiera wiele barw i z pewnością nie jest jednoznaczne. Każdy z nas wie, że jest wiele rodzajów miłości, od platonicznej, przez rodzicielską, do tej, która pojawia się między kochankami. Każda jest piękna lecz za każdym razem przyjmuje inną twarz i trudno jest ją do końca zinterpretować. Bo czym ona jest? Ktoś potrafi podać dokładną jej definicję? No właśnie, podobnie jest u Tomka i Marysi. Niby się kochają, będą mieli dziecko, ale wystarczy jeden moment, aby cała idylla się skończyła. Ciekawie przedstawiono na ekranie przemianę bohaterów. Interesująca jest również rola Julii Kijowskiej, która ponownie udowadnia, że jest świetną aktorką. Pokazuje ona, że to nie zawsze kobieta jest tą osobą słabszą i niepotrafiąca sobie poradzić w trudnych sytuacjach. Na drugim froncie znajduje się bohater Marcina Dorocińskiego – jemu świat również wali się na głowę, lecz nie umie on się odnaleźć w nowej dla siebie rzeczywistości, przez co działa  impulsywnie i niekiedy irracjonalnie. Reżyser więc nie ustrzegł się stereotypów, ale można mu je wybaczyć, wszak życie pisze różne scenariusze, a nie wiadomo przecież jak człowiek zachowałby się w podobnej sytuacji. Więcej można mu zarzucić jeśli chodzi o symbole, które niepotrzebnie zawarł w swoim obrazie. Sam tytuł daje już sporo do myślenia, lecz Fabicki nie chciał na tym poprzestać.

Pisząc te słowa, mam przede wszystkim na myśli ostatnią scenę, która zdecydowanie psuje cały efekt i pozostawia po seansie pewien niedosyt. Również na początku filmu prezentowane są fragmenty, które nie do końca można pojąć – chodziło zapewne o uzyskanie metafor, ukazanie mistycznych przeżyć, rodzi się jednak pytanie, dlaczego przedstawiono je w taki właśnie sposób? Infantylne określenie „co autor miał na myśli” przychodzi na myśl momentalnie, gdy tylko przypomnę sobie owe sekwencje. Na szczęście w Miłości było więcej lepszych i urzekających elementów niż tych, które należy krytykować. Jednym z nich były zdjęcia autorstwa Piotra Szczepańskiego, które powodują, że widz jest nie tylko obserwatorem, ale także uczestnikiem tej całej opowieści. Perfekcyjnym ruchem wydaje się być także zrezygnowanie z materii muzycznej, dzięki temu osiągnięto stan intymności i kameralności, która w takich przypadkach tylko pomaga nam przeżywać oglądany obraz.

Miłość to film godny polecenia – mimo zawartych w nim klisz ogląda się go dobrze i wraz z bohaterami przeżywa się ich problemy. Warto poświęcić swój czas na ten obraz nie tylko ze względu na poruszany w  nim temat, ale także dla świetnego aktorstwa z najwyższej półki. To film smutny i trudny, który z pewnością nie poprawi nikomu nastroju, niemniej nie można przejść koło niego obojętnie.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
faust
Faust – recenzja
malyksiaze
Mały Książę – recenzja
beattheworld
Beat the world. Taniec to moc – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*