Aleksander McQueen – dla jednych genialny kreator mody i wizjoner, dla innych, w tym dla mnie, jedno ze znanych nazwisk ze świata wielkiej mody i marka ubierająca gwiazdy największego formatu. Po obejrzanym właśnie dokumencie „McQueen” Iana Bonhôte mogę śmiało powiedzieć, że cokolwiek by nie mówić o McQueenie, jego osobowości, zachowaniu, czy kolekcjach, nie można odmówić mu ogromnego talentu i tego, że tworzył sztukę. I o sztukę ociera się też mocno sam Bonhôte tworząc ten dokument i kładąc w nim nacisk na rozkwit kariery projektanta oraz jego złożoną osobowość.

Film „McQueen” został przez twórców podzielony na pięć części, a każda z nich została zatytułowana tak jak pokazy stworzone przez Aleksandra. Każda partia przedstawia też inny etap w życiu projektanta, począwszy od tego, jak zaczął pracować w branży modowej, poprzez kolejne szczeble kariery, moment kiedy stał się rozpoznawalny, aż do samobójczej śmierci. Jak na dokument przystało produkcja ta składa się głównie z wypowiedzi osób współpracujących z McQueenem, jego przyjaciół, managerów, ale także jego partnerów, starszej siostry i siostrzeńca. Te „gadające głowy” przeplatane są oczywiście urywkami prywatnych filmów Aleksandra i kadrów z jego pokazów oraz archiwalnych wypowiedzi przeróżnych osób. Koncepcja tej produkcji nie odbiega więc od tego, co zazwyczaj oferuje nam tego typu kino. Ale są dwa elementy, które powodują, że Ian Bonhôte wyróżnia się ze swoim obrazem: po pierwsze estetyka w jakiej został on stworzony, po drugie zaś niezagłębianie się w te ciemniejsze strony osobowości Aleksandra McQueena.

Jeśli chodzi o estetykę to „McQueen” jest po prostu bardzo ładną produkcją! Twórcy ujęli w niej sporo kadrów przedstawiających prace projektanta, jest wiele zbliżeń na jego stroje w trakcie ujęć z samych pokazów, a poszczególne wypowiedzi przecinane są artystycznymi wstawkami. Momentami na ekranie jest bardzo poetycko, a widz przez cały seans może obcować ze sztuką, w tym tą, którą tworzył sam McQueen. Ponadto świetnie zagrano muzyką, która podkreśla charakter i nastrój każdej części filmu.

Do tego ładnego obrazka pasuje również narracja, którą obrali twórcy. W produkcji scenarzyści skupili się bowiem na opowiedzeniu jak bardzo utalentowany i pracowity był projektant oraz ile miał uporu i charyzmy, by dotrzeć tam, gdzie dotarł. Przez cały seans słyszymy więc o McQueenie w bardzo wielu superlatywach i da się odczuć, że film jest jednostronny. Oczywiście w produkcji są zasygnalizowane problemy, z którymi zmagał się projektant, ale nie dowiemy się niczego więcej poza wspomnieniem, że na szczycie wpadł w narkotyki, że przejawiał autodestrukcyjne zachowania, czy że był nosicielem wirusa HIV. Na te tematy usłyszymy co najwyżej dwa zdania – tyle tylko, by razem uzasadniały dlaczego jego życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Jest to jednak pewien mankament filmu, że reżyser nie drąży takich istotnych z punktu widzenia życiorysu Aleksandra momentów i nie zadaje mówiącym trudnych pytań. Z drugiej jednak strony, chyba również dzięki temu film jest tak estetyczny – bo nie ma w nim „prania brudów”, jak w przypadku podobnych dokumentów.

Pomimo wspomnianego, koncepcyjnego niedociągnięcia film ogląda się bardzo sprawnie i z uwagą. Historia szybkiego wspinania się projektanta na kolejne szczeble kariery jest na tyle ciekawa, że seans po prostu wciąga. Jakby nie patrzeć to też historia z serii „od pucybuta do milionera”, a takie zazwyczaj ekscytują. Tak jak i Aleksander McQueen w swoich najlepszych dniach ekscytował wszystkich fanów wielkiej mody. I pewnie dla nich film „McQueen” będzie pozycją obowiązkową. Ale myślę, że dokument ten to także ciekawa propozycja dla wszystkich laików, którzy mają ochotę na ładny kawałek poruszającej historii.

/autor recenzji: Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
turysta
Turysta – recenzja
droga_na_druga_strone
Droga na drugą stronę – recenzja
salasamobojcow
Sala samobójców – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*