„Mayday” to sztuka teatralna, która cieszy się niezmiennym powodzeniem w teatrach w Europie. Ot, lekka i zabawna komedia pomyłek o taksówkarzu, który wiedze równoległe życie z dwiema żonami. Na deskach teatru taki humor sytuacyjny sprawdza się świetnie. Czy tę opowieść można z podobnym kunsztem przenieść na ekran filmowy? Cóż, podjął się tego Sam Akin, którego filmowa wersja „Mayday” grana jest właśnie w naszych kinach. Z jakim skutkiem?

Wyreżyserowana przez Akina produkcja to jedna z wielu polskich komedii, choć tym razem, o dziwo, nie jest to komedia romantyczna. Jak wiele jej podobnych angażuje znanych z tego typu produkcji polskich aktorów: Piotra Adamczyka (w roli taksówkarza Jana Kowalskiego), Adama Woronowicza (jako przyjaciela głównego bohatera – Staszka), Annę Dereszowską (żona Basia) oraz Weronikę Książkiewicz (druga zona Maria). Głównym bohaterem jest Janek, który na co dzień jeździ taksówką żyjąc pomiędzy Warszawą, w której żyje z żoną Basią oraz Rozalinem, w którym prowadzi dom z Marią. Pracując na nocne zmiany i wykręcając się długimi kursami potrafi z łatwością lawirować między obiema żonami. Wszystko to do czasu, aż nie wplątuje się w nota bene przedziwną sytuację z niebezpiecznymi ludźmi, a jedna pomyłka zaczyna gonić kolejną.

Choć z pozoru wydaje się, że taka historia będzie samograjem to niestety w rękach sama Akina straciła ona to, co tak dobrze wybrzmiewało na deskach teatralnych – świetnie działający humor sytuacyjny i pewną finezję w prowadzeniu całej opowieści. W filmowym „Mayday” wszystko zostało oparte na żartach bardzo niskich lotów. Na porządku mamy tu, mające wyglądać na śmieszne, dwuznaczne sytuacje, żarty o krzywym penisie lub z homoseksualistów. Humor jest tu zwyczajnie najprostszy, jaki możecie sobie wyobrazić, w związku z czym momentami zamiast się śmiać będziemy siedzieć na sali i z zażenowaniem patrzeć na niektóre kadry. Oprócz prymitywnego humoru, twórcy tego obrazu nie potrafili także rozsądnie poprowadzić całej opowieści, przez co mamy wątki (jak chociażby wątek z „gangsterami”), które pojawiają się znikąd, by potem podobnie rozpłynąć się gdzieś w przestrzeni, bez słowa wyjaśnienia.

Żeby jednak nie było tak pesymistycznie, trzeba wspomnieć, że w tym całym galimatiasie jasnym promykiem jest obsada. Duet Adamczyk – Woronowicz wypada bardzo dobrze tworząc przyjacielską, ale niepozbawioną kłótni relację. Zwłaszcza Adam Woronowicz mimo stosunkowo słabej fabuły potrafi pokazać cały swój talent i zagrać wiarygodnie każde powierzone mu wcielenie – bo jego filmowy bohater, co i rusz kogoś udaje. Mniejszą szanse wykazania się w tej komedii miały panie Dereszowska i Książkiewicz, bo ich bohaterki są aż nadto jednowymiarowe i niestety oparte na stereotypach.

Jak więc widać przeniesienie sztuki teatralnej, zwłaszcza będącej przebojem, to nie lada wyzwanie, któremu twórcy naszego „Mayday” nie podołali. Osobiście zamiast wybrać się do kina wolałabym kolejny raz przejść się do teatru, by pośmiać się z taksówkarza – bigamisty.

Ale jeśli szukacie filmu, który nadawałby się do totalnego resetu po ciężkim tygodniu to pewnie ta produkcja spełni to zadanie.

/autorka recenzji – Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
czaswojny
Czas wojny – recenzja
lekcjaharmonii
Lekcje harmonii – recenzja
magicalgirl
Magical girl – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*