„Małe kobietki” w reżyserii Grety Gerwing i z obsadą taką jak Maryl Streep czy Emma Watson to kolejna już ekranizacja kultowej książki Louis May Alcott o tym samym tytule. Zarówno kolejne adaptacje, jak i książka to ponadczasowe, uniwersalne dramaty obyczajowe o siostrach March. I podczas gdy jedni zastanawiają się jaki jest sens w przenoszeniu kolejny raz tego samego dzieła na duży ekran, inni z przyjemnością wkraczają w dobrze znany im z książki lub poprzednich filmów świat i oddają się seansowi.

Historia sióstr March to tak naprawdę jedna z wielu jakie pisze życie – banalna opowieść o siostrzanej miłości, ale i wzajemnych kłótniach, wspólnym dorastaniu, o marzeniach i planach na przyszłość. Każda z sióstr ma jakiś talent, który chciałaby kiedyś pokazać światu. Najstarsza Meg (Emma Watson) ma talent aktorski, choć jej marzenia nie wybiegają poza dom i rodzinę. Jo (nominowana do Oscara Saoirse Ronan) chce być pisarką, to ona ze wszystkich sióstr jest największą indywidualistką i ponad wszystko ceni wolność oraz buntuje się przeciwko temu, jak niewiele w tamtych czasach może kobieta. Amy (Florence Pugh) potrafi malować, zaś najmłodsza Beth (Eliza Scanlen) gra na fortepianie. Losy każdej toczą się trochę inaczej, każda ma też inny charakter. Ale poprzez ich historie pokazany jest też szerszy kontekst społeczny, przede wszystkim rola kobiet w społeczeństwie u schyłku XIX. w., w którym kobiety nadal nie miały swoich praw, a najlepszą dla nich opcją, oczywiście polecaną przez ogół, było bogate zamążpójście.

Grecie Gerwing udało się świetnie uchwycić zarówno tą zwykłą opowieść o siostrzanej miłości, jak i podkreślić tematy związane z miejscem kobiet w świecie, ale też z realizacją własnych ambicji, a najmocniejszą stroną jej obrazu są relacje międzyludzkie. To one, a zwłaszcza relacje między siostrami stanowią siłę napędową całego filmu i to dzięki nim produkcja jest niezwykle dynamiczna – nie pozwala na nudę! Zapewne spora w tym zasługa samych postaci, tego jak zostały rozpisane, ale i tego jak Gerwing potrafi je na ekranie poprowadzić. Nie udałoby się to bez znakomitego doboru obsady – widać, że panie w swoim towarzystwie czują się świetnie. I choć całą opowieść poznajemy z perspektywy Jo i to ona najwięcej pojawia się na ekranie, reszta pań nie odstaje warsztatem – równie często co Saoirse Ronan widzimy Florence Pugh w roli Amy, a Meryl Streep, chociaż tym razem gra właściwie epizody to tak naprawdę kradnie każdą scenę, w której się pojawia.

Poza tą chemią między głównymi bohaterkami, pędu historii nadaje reżyser, która bawi się chronologią zdarzeń, sprawnie przeskakując z dzieciństwa dziewczyn do ich dorosłości. Robi to jednak na tyle dobrze, że z łatwością możemy wychwycić w jakim momencie życia naszych kobietek właśnie się znaleźliśmy. Całej produkcji towarzyszy też pojawiający się często humor, który jest tym naturalnym, kompletnie niewymuszonym, podobnie jak wzruszenie, które mogą wywołać pojedyncze sceny. Widać po prostu, że w filmie brak jest fałszywych nut, a Greta Gerwing wykreowała świat „,Małych kobietek” w taki sposób, że kupujemy go w całości. Dzięki zaś relacjom między głównymi bohaterkami najnowsze dzieło Gerwing to kino niezwykle ciepłe, takie, które bawi i wzrusza, ale też przynosi refleksję. Seans jest czystą przyjemnością i godną polecenia rozrywką na zimowy wieczór. Czy to kino wyłącznie dla kobiet? Nie wiem, ale nie da się ukryć, że w tej produkcji mężczyźni stoją w tle, a to kobiety grają pierwsze skrzypce.

/autorka recenzji – Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
magicmike
Magic Mike – recenzja
gnomeo
Gnomeo i Julia – recenzja
hurt_locker
Hurt Locker – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*