Zachęcona całkiem uroczym zwiastunem i fabułą filmu „Loveling” oraz raczej pozytywnym odbiorem wśród publiki (m.in. dostrzeżeniem na festiwalu Sundance) spodziewałam się po debiucie reżyserskim Gustavo Pizzi poruszającego, ale i bardzo urokliwego kina rodzinnego. Sądziłam, że ta produkcja zaoferuje mi nietuzinkowe postaci, dobrze wyważone akcenty oraz ciepłą atmosferę. I dostałam to, ale jedynie połowicznie.

„Loveling” pokazuje nam wycinek z życia pewnej brazylijskiej rodziny, której całym filarem jest matka Irene (Karine Teles). Irene ma męża Klausa – wiecznego marzyciela (Otávio Müller) oraz czwórkę synów, z których najstarszy Fernando (Konstantinos Sarris) gra w piłkę ręczną. Całą rodzinę poznajemy w momencie kiedy właśnie Fernando staje przed szansą wyprowadzki do innego państwa i grania w niemieckiej drużynie, zaś jego rodzice przed jednym z najtrudniejszych momentów, z jakim mogą spotkać się rodzice. Zwłaszcza Irene, bardzo zżytej z najstarszym potomkiem, ciężko jest oswoić się z myślą, że niedługo jej kochany Fernando będzie żył na innym kontynencie.
I to właśnie na tej bohaterce skupia się Gustavo Pizzi. Rozgrywającą się na przestrzeni kilkudziesięciu dni fabułę śledzimy więc z perspektywy Irene. Na własnej skórze czujemy jej wewnętrzne rozterki, miłość do Fernanda i reszty rodziny oraz próby radzenia sobie z niełatwym życiem.

Co ważniejsze, reżyser nie skupia się wyłącznie na roli matki, a przedstawia bohaterkę wielowymiarowo. Możemy chociażby zobaczyć jak Irene próbuje spełnić własne ambicje uczęszczając do szkoły, czy jak próbuje sprostać roli wspierającej żony. Wszystko to zresztą świetnie gra Karine Teles, a jej wątek to siła tego filmu. Niestety, jeśli chodzi o postaci, to to by było na tyle. Mimo iż, niektórzy z bohaterów zapowiadają się ciekawie (jak chociażby jeden z synów Irene Rodrigo, czy sam Klaus), to nie mamy szansy poznać ich bliżej. Tylko Irene jest tu na pierwszym planie, cała reszta jej rodziny to tylko tło, o dziwo włączając w to Fernando.

Oprócz wspomnianego, obszernego portretu Irene produkcja „Loveling” podejmuje próbę uchwycenia portretu całej rodziny, co nie do końca się udaje biorąc pod uwagę jak bardzo w tle są pozostali bohaterowie. Na pewno twórcom udaje się stworzyć uniwersalną historię, taką, z którą może utożsamić się wiele rodzin, a sam film ocieka codziennością – zwykłym życiem zupełnie zwyczajnych ludzi. I ta codzienność według Pizzi ma swój urok, choć nie tak duży jak spodziewałam się przed seansem. Wydaje się, że reżyser postawił dużo bardziej na te poważne momenty podkreślające, że ten obraz to przede wszystkim dramat i na ciemne ujęcia. Oczywiście w trakcie seansu jesteśmy świadkami i tych ciepłych, jaśniejszych kadrów, nie jest ich jednak dużo.

Ponadto, zarówno od strony realizatorskiej, jak i fabularnej „Loveling” przebiega po prostu przewidywalnie, poprawnie, a płynące z filmu mądrości nie są niczym odkrywczym, ot przypomnieniem jaką wartością jest rodzina czy wzajemne wsparcie. Jeśli więc lubicie filmy, które dotykają codziennych spraw i są autentyczne, a jednocześnie nie mają wartkiej akcji, prawdopodobnie odnajdziecie się w tej produkcji. Mnie debiut Gustavo Pizzi trochę zawiódł.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
towerheist
Tower Heist. Zemsta cieciów – recenzja
wielkiepiekno
Wielkie piękno – recenzja
bycjakdejna
Być jak Kazimierz Deyna – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*