loverosieKiedy przy opisie filmu spostrzegamy informację typu „komedia romantyczna” lub „melodramat”, w głowie natychmiast rysuje nam się konkretny zbiór scen. Myślimy sobie, że zwroty akcji nie zrobią na nas większego wrażenia, każdy ruch bohaterów będzie przewidywalny i schematyczny, a zakończenie pogłębi tylko przekonanie, że komedie romantyczne i melodramaty nie są warte uwagi.

Widzieliśmy całą stertę filmów, w których powyższy schemat tak pokrywał się z naszymi oczekiwaniami, że wychodziliśmy z kina zmęczeni, a co gorsza, rozczarowani. W efekcie wracaliśmy do domu z poczuciem zmarnowanego czasu i pieniędzy. W przypadku „Love, Rosie” jest bardzo duża szansa na to, że nasz profetyzm spali na panewce, a po seansie zagorzeje gorąca dyskusja w jakiejś knajpie lub restauracji. Hmm… zdecydowanie knajpie. Przyjmijmy, że początek filmu to przystawka, rozwinięcie to danie główne, zakończenie to deser, a tuż obok stoi kufel wybornego piwa.

Za podstawę scenariusza posłużyła powieść „Na końcu tęczy” autorstwa Ceceli Ahern. Film opowiada historię Rosie i Alexa, którzy przyjaźnią się od dzieciństwa. Ona jest atrakcyjna, on przystojny. Oboje są singlami. Spędzają ze sobą czas w szkole, w domu, razem imprezują, zwierzają się sobie z wszelkich rozterek, nadają na tych samych falach, jednym słowem – są dla siebie stworzeni. Los jednak jest na tyle złośliwy, że z powodu jednej, błahej sytuacji, która ma miejsce na szkolnym balu, życiowe drogi prowadzą ich w przeciwnym kierunku.

Role główne przypadły Lily Collins i Samowi Claflinowi. Ona jest wdzięczna, zabawna, idealnie buduje nastrój raz to wesołej, raz przygnębionej, zagubionej dziewczyny. On ma tyle charyzmy, że większa rekomendacja wydaje się bezzasadna. Duet tych dwojga przywodzi na myśl bohaterów filmu „(500) dni miłości”, czyli Josepha Gordona – Levitta i Zooey Deschanel, z tą jednak różnicą, że postaci z „Love, Rosie” emanują większą dawką luzu, ale to zapewne zasługa scenariusza.



   
Opowieść o uczuciu, jakim darzą się Rosie i Alex, na pierwszy rzut oka wydaje się  skomplikowana. Kiedy ona jest do wzięcia, on wodzi wzrokiem za kimś innym. W momencie, gdy on zostaje sam, ona stara się ułożyć sobie życie z innym partnerem. I tak w kółko. Między tymi rozstaniami i powrotami czai się duża dawka inteligentnego humoru, jednak co za dużo, to niezdrowo. Zdecydowanie na plus należy ocenić aktorów grających role główne. Dodatkowym atutem pozostają postaci ojca i przyjaciółki Rosie, którzy w dużej mierze odpowiadają za to, aby dobry nastrój nie opuszczał widza nawet na chwilę.
   
„Love, Rosie” sprawdza się w każdej sytuacji. To bardzo uniwersalna produkcja, która poprawia humor, wzrusza, pobudza do refleksji nad magią związku dwojga ludzi, którzy pomimo faktu, iż są sobie przeznaczeni, muszą poczekać na swój kulminacyjny moment. Twórcy filmu mówią do nas głośno i wyraźnie, że niewykorzystane sytuacje się mszczą, a na kolejną okazję można czekać kilka, a nawet kilkanaście lat. Pozostaje postawić pytanie, czy jesteśmy w stanie tyle poczekać?
   
Przystawkę pochłaniamy jednym kęsem. Danie główne smakuje, jak w najlepszej restauracji. Na deser nie mamy już ochoty, ponieważ jesteśmy przesyceni smakowymi doznaniami. Na szczęście pozostaje jeszcze piwo do wypicia.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
ozwielki
Oz Wielki i Potężny – recenzja
Ewa
Ewa – recenzja
montevideo
Montevideo, smak zwycięstwa – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*