uncle

22 września 1964 roku, za pośrednictwem amerykańskiej telewizji NBC, świat po raz pierwszy usłyszał o Napoleonie Solo i Illyi Kuryakinie – bohaterach serialu „The Man From U.N.C.L.E.”. Główne role odtwarzali wówczas Robert Vaughn i David McCallum. Seria cieszyła się tak wielkim powodzeniem, że w konsekwencji nakręcono cztery sezony, które zawierały łącznie 105 odcinków. Jakby tego było mało, twórcy pokusili się na wypuszczenie dodatkowo aż ośmiu pełnometrażowych filmów o dwóch dzielnych agentach. Serial zaliczany jest do najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych dzieł lat sześćdziesiątych.

U.N.C.L.E. – to akronim od United Network Command of Law and Enforcement, która zrzesza tajnych agentów z całego świata i powierza im niemożliwe do wykonania zadania mające na celu ocalenie ludzkości. W jej kręgach służą między innymi Napoleon Solo – Amerykanin na usługach CIA i Illya Kuryakin – Rosjanin bezgranicznie oddany KGB.

Nowa wersja „Kryptonimu U.N.C.L.E.” nie odbiega zbytnio od swojego macierzystego modelu. Różnica polega jedynie na tym, że w ostatniej odsłonie dwaj agenci są sobie obcy i dopiero z czasem zaczynają się wzajemnie szanować. Przed nimi trudna misja, a mianowicie infiltracja tajnej organizacji terrorystycznej, która ma w swoim posiadaniu broń jądrową.

Z początku można odnieść wrażenie, że nowa odsłona „The Man From U.N.C.L.E.” kierowana jest przede wszystkim do rzeszy hipsterów i dzieciaków wychowanych na reality show z MTV, którzy aktualnie generuję prawie każdą gałąź medialną. Na szczęście reżyser – Guy Ritchie miał na uwadze dobro prawdziwych smakoszy kina rozrywkowego i zaserwował im niebagatelną dawkę adrenaliny, akcji i humoru pomijając przy tym gusta dzisiejszej młodzieży. Fani samego reżysera mogą być spokojni, jednak do klasy „Porachunków” i „Przekrętu” sporo „Kryptonimowi U.N.C.L.E.” brakuje. Guy Ritchie już dawno temu sprecyzował swoje upodobania fabularne. Jego filmy są bardziej widowiskowe i dopracowane technicznie, co wcale nie oznacza, że atmosfera przez to kuleje.

To, co od dłuższego czasu wychodzi Ritchiemu najlepiej to portretowanie głównych bohaterów. Zarówno w „Sherlocku Holmesie” jak i w „Kryptonimie U.N.C.L.E.” męsko – męski duet dopasowany jest idealnie, a to wszystko dzięki odpowiednim proporcjom, które tylko Ritchie potrafi umiejętnie wyważyć. Henry Cavill i Armie Hammer ani przez chwilę nie przypominają postaci zagranych przez Roberta Vaughn’a i Davida McCallum’a, brawurowo odtworzyli, a raczej stworzyli nowy rodzaj bohaterów. Są zabawni, cyniczni, czarujący i inteligentni, a co najważniejsze – nie zapożyczają z dobrze znanych wzorców (patrz James Bond, Jason Bourne). Partnerująca im Alicia Vikander stworzyła idealny pomost między ego Solo i Kuryakina. Elizabeth Debicki w roli czarnego charakteru przywodzi na myśl kobiety ze starych filmów o Bondzie, jednak nie te, które bezgranicznie dopingowały 007, ale te, które były zepsute i bez opamiętania oddane wrogim organizacjom.

Muzyka, scenografia i kostiumy to integralny element filmu. Kompozytor – David Pemberton skompletował pierwszorzędną orkiestrę, która zarejestrowała w Abbey Road Studio niebagatelną ucztę dla ucha. Retro Soul i funk z elementami rocka towarzyszą każdej sekwencji powodując ciarki na plecach. Męskie garnitury i damskie sukienki to wytwór najbardziej znanych światowych projektantów. Poszczególne dodatki do garderoby są tak ważne, że chwilami powodują dyskusję, a nawet kłótnię pomiędzy głównymi bohaterami. Chcecie podziwiać stroje Diora, Rabanne’a i im podobnych – wszystko to znajdziecie w „U.N.C.L.E.”. Scenografia to absolutny majstersztyk. Zarówno plenery, jak i wnętrza hotelu i willi na wyspie do złudzenia przypominają owoce pracy architektów i dekoratorów wnętrz z pierwszej połowy lat ’60 XX wieku.

Największą zaletą filmu jest (o dziwo!) zastąpienie scen akcji trafnymi dialogami. W pewnym momencie widz spodziewa się, że uświadczy bijatyki, strzelaniny lub karkołomnego pościgu. Nic z tych rzeczy. Ritchie w inteligentny sposób podpuszcza publiczność, po czym rozbawia ją do łez, nie nadwyrężając przy tym i tak wysokiego budżetu.

Film posiada pewne mankamenty, jednak po wymienieniu zalet, których naprawdę dużo, nie na miejscu byłoby nawet drobne krytykanctwo. „Kryptonim U.N.C.L.E.” jest najlepszą pozycją wakacyjną biorąc pod uwagę 2015 rok. Jest na swój sposób oryginalny i zabawny, choć do pierwszej salwy śmiechu trzeba trochę poczekać. Miejmy nadzieję, że film zarobi odpowiednią ilość pieniążków. Wtedy Ritchie wraz z resztą obsady będą mogli skupić się na kręceniu drugiej części, która jest naprawdę konieczna.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
chinczyknawynos
Chińczyk na wynos – recenzja
rysispolka
Ryś i spółka – recenzja filmu
Judy – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*