kapitanamerykaMarvel Studios nie śpi, co chwilę rzuca na ekrany kin kolejne adaptacje komiksów. W marcu doczekaliśmy się sequela “Kapitana Ameryki”.

Tytułowy Kapitan (Chris Evans) z superbohatera okresu wojennego staje się wrogiem dla współczesnych władz. Uwikłany w szereg intryg musi poszukać wsparcia. Z pomocą przychodzi mu Czarna Wdowa (Scarlett Johansson), która pomoże oczyścić się z zarzutów. Ci, dla których dotąd pracował stają się jego wrogami, żeby tego było mało, na horyzoncie pojawia się również owiany legendą Zimowy żołnierz. Jemu także zależy na rychłej śmierci oldschoolowego herosa. Rozpoczyna się walka na całego, w rękach Kapitana spoczywają już nie tylko losy świata, tym razem to on sam stał się ofiarą.

Po pierwszej części przygód Steve’a Rogersa vel Kapitana Ameryki myślałem, że już więcej nie będę zawracał sobie głowy tym bohaterem marvelowskich komiksów. Byłem zawiedziony „Pierwszym starciem”, dlatego też chciałem odciąć się od kolejnych historii. Okazało się jednak, że mam zbyt słabą silną wolę, by przeciwstawić się zwiastunom i… pięknej Scarlett Johansson. Ok, tyle osobistych wycieczek. Nową odsłoną wybuchowych perypetii człowieka spod gwieździstego sztandaru zajęli się bracia Russo. Anthony i Joe, ludzie, którzy do tej pory zajmowali się głównie komediowymi produkcjami. Ich najbardziej znanym filmowym dziełem jest „Ja, ty i on”, choć podejrzewam, że wiele osób tego obrazu nie widziało. Żyjemy w dobie seriali, więc ci dwaj panowie również maczali palce przy takich telewizyjnych perełkach jak „Bogaci bankruci” czy „Community”. Tym większym zaskoczeniem jest powierzenie im pracy przy „Kapitanie…”. Scenariuszem ponownie zajęli się Christopher Marcus i Stephen McFeely, którzy adaptowali również „Thora”. Połączenie świeżości z rutyną. Czy ta mieszanka okazała się skuteczną? Jak najbardziej, ale po kolei.

Evans wreszcie otrzymał wsparcie. Już nie musi sam dźwigać filmu na swoich plecach. Może zająć się swoimi sprawami, skoro wie, że Samuel L. Jackson, jako Nick Fury chętnie ukradnie sporą część produkcji dla siebie. Jest także piękna Scarlett, przy której miękną nawet najwięksi twardziele. I nieważne czy akurat występuje ona jako Czarna Wdowa, czy Natasza Romanoff. Na drugim planie znajduje się natomiast pewien czarnoskóry weteran, Sam Wilson (Anthony Mackie), który w stanie zagrożenia przeistacza się w Falcona. Doborowe towarzystwo, dające nam całą masę rozrywki. Pościgi, strzelaniny, wybuchy, sceny walk i nie tylko. Twórcy postarali się, aby widz nieco zagłębił się w życiorysy oglądanych postaci. Pomiędzy kolejnymi scenami akcji obserwujemy dylematy i rozterki Kapitana – uciekiniera. Dostajemy niejako na deser również problemy Czarnej Wdowy, dające równowagę tej opowieści.

Warto nadmienić także, że na ekranie pojawia się sam Robert Redford. Jego Alexander Pierce szef agencji S.H.I.E.L.D dodaje obrazowi nietypowego klimatu, a ten w komiksowych opowieściach jest rzadkością. Dzięki tej postaci „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” z fantastycznego kina akcji ubiera strój szpiegowskiego thrillera. Całość pięknie również koresponduje z pierwszą częścią, przez co osoby zapoznające się dopiero z tematem z łatwością poukładają sobie wszystkie puzzle. A te się wyjątkowo przyjemnie dopasowuje. Scenariusz mimo iż mocno chaotyczny jest dobrze przemyślany. Uszyta historia prowadzi nas za rękę od nitki do kłębka, jednakże w kilku fragmentach zastanawiamy się co wydarzy się w następnych minutach. Chcemy brnąć dalej w ekranowe wydarzenia, a to w tym przypadku jest przecież najważniejsze.
Wymieniłem już najważniejszych członków obsady, lecz czy aby na pewno? Nie, celowo pominąłem jednego z aktorów tego widowiska, gdyż myślę, że on będzie grał główne skrzypce w trzeciej części, która jest jedynie kwestią czasu. Mowa tu oczywiście o tytułowym Zimowym żołnierzu (Sebastian Stan). Czarny charakter z krwi i kości, on podobnie jak Kapitan ma za sobą bardzo interesującą przeszłość. Świetnie wykreowany, idealnie wyważony. Z jednej strony wiemy o nim bardzo dużo, z drugiej dopiero w trakcie seansu budujemy sobie jego charakterystykę. Z pewnością to postać zasługująca na więcej miejsca, dlatego też z niecierpliwością oczekuję jego powrotu na wielki ekran. Sam siebie zaskakuję, ale rzadko w przypadku blockbusterów można aż tak wiele poświęcić obsadzie aktorskiej – naprawdę dobrze ich się ogląda.

Ogólnie „Kapitan….” To dobre kino, które daje nam wszystko to, czego od niego oczekujemy. Efekciarska produkcja, zadowalająca najbardziej wybrednego widza. Oczywiście, jeśli ktoś ma ochotę może seans filmu braci Russo przeżyć w trójwymiarowych okularach, co jednak odradzam, bowiem 3D w tym przypadku mnie zupełnie nie przekonało. Może IMAX dałby więcej frajdy…? Nie polecam także oglądania owego dzieła w polskiej wersji językowej. Jest wprawdzie kilka postaci, których się dobrze słucha, ale generalnie dubbing na kolana nie powala. Myślę, że wersja z napisami jest w przypadku tego tytułu odpowiedniejsza.

„Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” to z pewnością typowo amerykańskie, patetyczne dzieło. Tradycyjnie podniosłym momentom towarzyszy charakterystyczna muzyka, a bohaterowie wypowiadają utarte kwestie. Cóż, jest to od dawna wpisane w konwencję i nic się na to nie poradzi. Nie mogło się obejść także bez tzw. drugiego dna, choć to jest dość oryginalne i powinno każdemu przypaść do gustu. Rozrywka na wysokim poziomie? Zdecydowanie. Dobre kino, przy którym miło spędzi się czas. Fani obejrzą na pewno, więc ich przekonywać nie potrzeba. Cała reszta powinna pójść, ponieważ jest to blockbuster nie gorszy niż „Mroczny rycerz”, czy „Niesamowity Spiderman”. Nietypowe kino akcji, którego motorem napędowym jest świetnie dobrana obsada i… scenariuszowe furtki.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
magiawblaskuksiezyca
Magia w blasku księżyca – recenzja
jeszczedluzszezareczyny
Jeszcze dłuższe zaręczyny – recenzja
wiezykrwi
Więzy krwi – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*