To, jak bardzo nieudane potrafią być współczesne, polskie komedie wie chyba każdy. Najczęściej ten gatunek filmowy traci na płytkiej fabule albo na prymitywnych żartach albo jednym i drugim naraz. Ale faktem jest, że żadna, nawet najlepsza komedia nigdy nie trafi w gusta wszystkich odbiorców. Jedni wolą czarny humor, inni kino absurdów albo pomyłek, nie brakuje w końcu miłośników rubasznych żartów. Ale jeśli któraś komedia łączy w sobie kilka rodzajów humoru ma większe powodzenie na niezły odbiór. A taką produkcją jest „Juliusz” Aleksandra Pietrzaka.

Tak naprawdę „Juliusz” to komediodramat, który pod tą lekką warstwą skrywa też bardzo poważne akcenty. Film przedstawia nam, z pozoru zabawny, bo pełen pechowych sytuacji, fragment życia tytułowego Juliusza (Wojciech Mecwaldowski). Juliusz jest nienawidzącym swojej pracy nauczycielem plastyki, ma ojca alkoholika ze szwankującym zdrowiem (Jan Peszek) oraz kumpla (Rafał Rutkowski), który pakuje go wykonywanie dziwnych zleceń. W dodatku nasz bohater poznaje panią weterynarz – Dorotę (Anna Smołowik), która dorzuca mu własne problemy, a te z kolei rodzą kolejne, komiczne epizody. Niech Was jednak nie zwiodą te z pozoru lekkie historie, bo produkcja Pietrzaka pokazuje również bardzo trudne relacje rodzinne (tu akurat pomiędzy ojcem i synem) czy pokazuje do czego mogą doprowadzić zmarnowane szanse i niespełnione marzenia.

Film nie jest więc wyłącznie płytką komedią, ale sięga nieco głębiej, choć trzeba przyznać, że te poważne i zabawne tony nie są tu równo porozkładane (na niekorzyść tych pierwszych). Sama zaś fabuła jest bardzo szablonowa i nie ma w niej nic odkrywczego, a z początku może nawet nudzić – „Juliusz” rozkręca się powoli i stopniowo. Niestety również część postaci została potraktowana bardzo schematycznie i stereotypowo – mamy tu nienawidzącego pracy nauczyciela, któremu brakuje siły przebicia czy głupią blondynkę (dziewczyna kumpla Juliusza).

Wracając jednak do tej komediowej warstwy to dostajemy jej zdecydowanie więcej niż tej poważnej i faktycznie, jak wspomniałam, humor jest przeróżny. Scenariusz do tego obrazu powstał we współpracy ze stand-uperami i widać to w dowcipach. Miejscami są one bardzo proste i dosadne, czasem przewinie się coś bardziej błyskotliwego, ale śmieszy też samo nieporadne usposobienie głównego bohatera. Zwłaszcza druga połowa filmu bawi do łez – jedna z końcowych scena, gdy główny bohater razem z kumplem próbuje zrelaksować się za pomocą używki wygrywa cały film! Oczywiście część z filmowych gagów nie udałaby się, gdyby nie zaangażowanie odtwórców głównych ról – duet Mecwaldowki i Peszek wypada znakomicie, ale pozostali również dotrzymują mu kroku. Smaczkami są zaś pojawiający się Maciej Stuhr, Andrzej Chyra, Abelard Giza, Rafał Ruciński czy Rafał Pacześ.

Generalnie „Juliusza” ogląda się gładko, choć faktycznie może budzić różne odczucia. Może spodobać się zwłaszcza fanom stand-upów i wszystkim tym, którym nie przeszkadzają proste żarty. Jak wspomniałam, wszystkich się nie zadowoli. Ja za końcowe sceny i kilka wcześniejszych, które rozłożyły mnie na łopatki wybaczam twórcom banalną fabułę oraz niepogłębianie wątku relacji ojca z synem i polecam seans tego filmu na poprawę humoru.

/autorka recenzji: Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
amador
Amador – recenzja
zemstafutrzakow
Zemsta futrzaków – recenzja
intruz
Intruz – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*