jackstrongOd momentu ogłoszenia przez Władysława Pasikowskiego wiadomości o realizacji projektu opowiadającego, historię pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, fani reżysera z niecierpliwością oczekiwali dnia premiery. Emocje rozgrzewał także w między czasie zwiastun, który udowadniał, że reżyser ma do zaproponowania interesujący szpiegowski thriller, trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej sekundy. Zapowiadał się jako filmowe wydarzenie roku. Od 7 lutego najnowsze dzieło Pasikowskiego można oglądać na ekranach polskich kin. Jaki więc naprawdę jest Jack Strong?

Tytułowy Jack Strong, to pseudonim operacyjny pułkownika Ryszarda Kuklińskiego (w tej roli  Marcin Dorociński), który w trosce o Polskę postanowił pomóc Stanom Zjednoczonym w pokonaniu ZSRR. Było to zadanie o tyle trudne, że bohater Pasikowskiego to oficer Ludowego Wojska Polskiego. Pułkownik postanawia wystosować do CIA pismo zawierające chęć współpracy. Amerykanie początkowo niechętnie odnoszą się do listu wysłanego z Polski, obawiają się, że może być to radziecka prowokacja. Po rozmowach na najwyższym szczeblu podejmują jednak ryzyko. Mają na uwadze iż w grę wchodzi upadek wielkiego mocarstwa. Stawka jest bardzo wysoka. Rozpoczyna się gra o życie, w której Jack Strong musi działać na dwa frontach.

Rzadko mamy okazję oglądać w kinie polskie thrillery szpiegowskie utrzymane w Hollywoodzkiej konwencji – Jack Strong z pewnością wpisuje się w ten gatunek. Mam tutaj przede wszystkim na myśli zimową scenę pościgu czy sposób montażu całej opowieści. Dodatkowym atutem staje się tutaj także interesującą fabula. Pasikowski w trakcie seansu wielokrotnie zaskakuje widza, myli tropy, proponuje ciekawe rozwiązania. Już pierwsza scena zwiastuje, że mamy do czynienia z filmem, w którym nie ma miejsca na sentymenty. Kolejne fragmenty tylko nas w tym utwierdzają.

Nie jest to jednak typowe kino akcji– przez dwie godziny seansu wraz z bohaterami jesteśmy zamknięci w dusznych pomieszczeniach, w których nożem można ciąć dym unoszący się z papierosów, nie mówiąc już o międzyludzkich stosunkach, pełnych podejrzliwości i zakłamania. Klimat, który został tutaj wytworzony nieco przypomina ten ze Szpiega z Garym Oldmanem. Niestety, żeby wlać nieco dziegciu do beczki miodu należy dodać, że w filmie Pasikowskiego nie znajdziemy wyrazistych dialogów, które niegdyś były silną stroną jego obrazów. W Jacku Strongu jest natomiast dużo wydumanych tez i patetyczności. Nadużyciem więc byłoby stwierdzenie, że jest to wiekopomne dzieło, niemniej ogląda się ten obraz z niekłamaną przyjemnością.

U Pasikowskiego tradycyjnie pierwsze skrzypce odgrywają mężczyźni z głównym bohaterem na czele. Wprawdzie widziałem Marcina Dorocińskiego w lepszych kreacjach, nie mam do niego większych zastrzeżeń. Wyciszony, stonowany, niekiedy przerażony – taki jest właśnie Jack Strong. Zupełne przeciwieństwo radzieckich agentów czy oficerów. Ci z kolei są stertą klisz. Na twarzy mają wypisaną śmierć, nie mają skrupułów, są nadpobudliwi, brutalni-  słowem, reprezentują stereotypowe spojrzenie na żołnierzy ZSRR. Jest jeszcze trzecia strona, amerykańska. Tutaj scena należeć powinna do Patricka Wilsona. Powinna, ponieważ choć gra on poprawnie, to jego rola jest można by rzec kolokwialnie-bezpłciowa.



Z drugiej jednak strony na dalszym planie pojawia się Ireneusz Czop. Jego Marian Rakowiecki, to człowiek, który urodził się w niewłaściwych czasach. Nie umiejący sobie poradzić z otoczeniem, w którym się znalazł. Fenomenalna jest scena, w której rozmawia on przy wódce z Kuklińskim. Gdy ją oglądałem przypomniały mi się Psy i fragment, w którym następuje mentalna przemiana Franza Maurera podsumowana cytatem: „Jeśli my nie powstrzymamy tych sukinsynów, to naprawdę jesteśmy materiałem odpadowym i nasze miejsce jest na wysypisku śmieci”. W podobnym tonie wypowiada się bohater odtwarzany przez Czopa. Oczywiście, obie sytuacje były różne, Maurer mówił o walce z gangsterami, Rakowiecki o wydarzeniach na wybrzeżu w 1970 roku  i walce władzy z obywatelami – niemniej wydźwięk obu scen był bliźniaczy. Jeśli już doszukiwać się powiązań z innymi dziełami Pasikowskiego to należy podkreślić, że ścieżka muzyczna w wielu momentach przypominała mi tę z Psów, autorstwa Michała Lorenca. Tym razem jednak kompozycje muzyczne powierzono Janowi Duszyńskiemu.

Za co można cenić najnowszy obraz Władysława Pasikowskiego? Z pewnością za sposób przedstawienia tej historii. Za scenę pościgu, która jak na polskie kino, naprawdę robi wrażenie, nutkę dystansu do PRL-u, zbudowane fabularne napięcie. Czego można się czepiać? Podręcznikowych dialogów, rys fabularnych, zbyt małej ilości zapadających w pamięci kreacji aktorskich i stereotypowego podejścia do bohaterów radzieckich. Mimo tych uchybień Jack Strong prezentuje się całkiem interesująco i choć po seansie pozostaje niedosyt, to można go polecić –  ciekawa propozycja na piątkowy wieczór.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
zbawnasodezlego
Zbaw nas ode złego – recenzja
thewalk
The Walk. Sięgając chmur – recenzja
hanskloss
Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*