Od czasu do czasu w światowej kinematografii pojawiają się filmy rozciągnięte przez twórców do granic możliwości, takie, których seans zajmuje około trzech godzin lub więcej – dość wspomnieć głośne w tym roku „Pewnego razu w Hollywood”, czy produkcję sprzed dwóch lat „Blade Runnera 2049”. I nie mam nic przeciwko takim obrazom pod warunkiem, że są na tyle wciągające, że ich seans mija w mgnieniu oka. We wspomnianą tendencję wpisał się ostatnio Martin Scorsese ze swoim najnowszym tytułem – „Irlandczyk”, który trwa bite trzy i pół godziny. Czy tak długi seans może być przyjemny?

Pewnie wszyscy fani Scorsese i kina gangsterskiego w tym momencie bez wahania odrzekliby, że skoro mowa o produkcji Martina i to w dodatku z pierwszorzędną obsadą to film musi być czystą przyjemnością. Ja jednak podeszłam do „Irlandczyka” z pewną dozą ostrożności, po pierwsze dlatego, że to produkcja Netflixa, która z gruntu nastawiona jest nas szeroką publiczność, po drugie zaś dlatego, że oczekiwania krytyków i widzów w stosunku do tego obrazu były ogromne. Na szczęście okazało się, że Scorsese, choć nie stworzył produkcji idealnej, a całość spokojnie można by skrócić, to nakręcił ją na tyle sprawnie i w swoim stylu, że faktycznie seans nie jest męczący, a wręcz przeciwnie, stanowi dobrą rozrywkę. Sam zaś reżyser kolejny raz pokazał swoje rzemiosło, tutaj w szczególności poprzez świetne panowanie nad fabułą (mimo mieszania chronologii) oraz jej gładkie prowadzenie.

Skoro zaś przy fabule jesteśmy to historia „Irlandczyka” to tak naprawdę retrospekcje na temat przestępczej działalności Franka Sheerana (De Niro) – z jednej strony zaufanego człowieka włoskiej mafii z jej szefem Russelem Bufalino (Pesci) na czele, z drugiej przyjaciela jednego z najbardziej wpływowych ludzi w Ameryce tamtych czasów Jimmy’ego Hoffy (Pacino). Przez większość seansu mamy więc typowe kino gangsterskie, w którym panowie pod krawatem załatwiają swoje porachunki z zimną krwią i spluwą w ręku, nie kwestionują rozkazów swoich bossów i nie tolerują zdrady. To wszystko już było, także w innych filmach samego Scorsese. Z tą jedynie zasadniczą różnicą, że w „Irlandczyku” twórcy nie skupiają się, jak to zwykle bywa, wyłącznie na brutalności gangsterów i załatwianiu ich brudnych porachunków, ale pokazują nam działania głównych bohaterów opatrzone refleksyjnym komentarzem staruszka jakim jest Frank Sheeran i przez pryzmat przemijania. Reżyser porusza też temat lojalności, wiecznie aktualny w takich przestępczych organizacjach.

Ten sposób przedstawienia gangsterki na pewno ma w sobie nutę świeżości, ale ma też drobne mankamenty. W związku z tym, że to przede wszystkim obraz nostalgiczny może Wam w nim brakować tak dobrze znanego z poprzednich produkcji reżysera humoru czy dynamiki, których tutaj jest zdecydowanie mniej. Tak naprawdę motorem napędowym zdarzeń jest wyłącznie opowieść głównego bohatera, przez co chwilami seans może się zwyczajnie dłużyć, zwłaszcza tym mniej cierpliwym widzom. Na szczęście są to tylko chwile, które koniec końców nie są w stanie zepsuć rozrywki jaką daje projekcja. W „Irlandczyku” nie brakuje za to klimatu typowego kina gangsterskiego skrzętnie budowanego pięknymi kadrami, muzyką oraz kreacjami czołowych postaci. Bo zarówno De Niro, jak i Pesci, czy Pacino, mimo swojego wieku, bardzo dobrze zagrali powierzone im role. Nie są to może kreacje, które rzuciłyby widza na kolana, ale naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Każdy z bohaterów charakteryzuje się czymś innym i każdemu z panów udało się to pokazać na dużym ekranie. Przyjemnie patrzy się na warsztat każdego z nich, zwłaszcza mając w głowie, że być może to ostatni taki film, który zebrał taką obsadę.

I chyba dla tej obsady, atmosfery przestępczego półświatka i kunsztu Martina Scorsese warto zafundować sobie pokaz „Irlandczyka”. Czy to na sali kinowej, czy w domowym zaciszu prosto z Netflixa – to już pozostawiam Wam. Jedno jest pewne, produkcja powinna spełnić oczekiwania większości tych, którzy jej wypatrywali.

/autorka recenzji – Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
creed
Creed: narodziny legendy – recenzja
smietanka
Śmietanka towarzyska – recenzja
legend
Legend – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*