igrzyskaJaka jest recepta na udaną adaptację filmową? Potrzeba do niej przede wszystkim interesującej powieści. Do tego dodać szczyptę ciekawej i nietuzinkowej reżyserii, połączyć to z wybornym scenariuszem i wyborową obsadą – w taki właśnie sposób powstają właśnie filmowe perełki. Czy kontynuacja Igrzysk śmierci wpisuje się w tę recepturę i można ją dołączyć do listy udanych adaptacji?

Katniss (Jennifer Lawrence) i Peeta (Josh Hutcherson) wygrali 74. Głodowe Igrzyska i jako tryumfatorzy imprezy tej rangi mają prawo i niejako obowiązek uczestniczenia w Tournee Zwycięzców. W trakcie tej podróży po dystryktach młodzi orientują się, że przyczynili się do buntu mieszkańców, którzy mają dość tyranii władzy. Wydarzeniom tym bacznie przygląda się prezydent Snow (Donald Sutherland), który wraz z niejakim Plutarchem Heavensbee (Philip Seymour Hoffman) ma plan na pozbycie się problemu.

Patrząc na zarys fabuły wydaje się, że kontynuacja Igrzysk… prezentuje się naprawdę przyzwoicie. Zacznijmy jednak od pierwszego elementu wspomnianej adaptacyjnej układanki. Czy powieści napisane przez Suzanne Collins są ciekawe? Z pewnością. Choć wiele osób zarzuca im zbytnią infantylność, są to z pewnością tytuły, które nie robią młodzieży „wody z mózgu”. Serce rośnie, że nastolatkowie sięgają po tego typu tytuły, jest iskierka nadziei, że świat jeszcze do końca nie zwariował… W kwestii kolejnej, pierwszą częścią zajął się Gary Rose, którego twórczość jest mi obca. Więcej z pewnością mogę powiedzieć o reżyserze Francisie Lawrence. Do tej pory zaprezentował on światu dzieła typu Constantine, Jestem legendą czy Woda dla słoni. Wprawne oko zauważy, że wymienione przeze mnie tytuły są również adaptacjami, więc określenie tego pana mianem speca w tej właśnie kategorii nie będzie szczególnym nadużyciem. Reżyser chcąc być wierny pierwowzorowi serwuje widzowi nieco brutalniejszy obraz, niż miało to miejsce w przypadku części pierwszej. Lawrence również bardzo umiejętnie prowadzi tę historię, w odpowiednim momencie przyspiesza tempo, dzięki czemu widz nie ma okazji nudzić się podczas seansu. A warto nadmienić, że zmuszony jest on do siedzenia w kinowym fotelu przez blisko 150 minut. Niemniej oglądając ów tytuł czas się zupełnie nie dłuży, wciągająca fabuła, wartka akcja czy ciekawe efekty specjalne powodują, że wtapiamy się w tę historię. Tutaj już wszedłem na grunt scenariusza, zatem przypomnę, że autorami jego są laureaci Oscarów, panowie Simon Beaufoy (Slumdog. Milioner z ulicy) i Michael Arndt (Mała Miss). Jest w filmie kilka tzw. rozjazdów, które zaburzają fabularną harmonię, a także może denerwować fakt, że druga część filmu, to tak naprawdę zapowiedź kolejnych – urywa się on w mało oczekiwanym momencie, ale ogólnie warstwę fabularną produkcji można zaliczyć do tych dobrych. Jeśli mamy do czynienia z kinem akcji, otoczonym aurą sci-fi, to nie można pominąć wątku efektów specjalnych. Robią one naprawdę dobre wrażenie i co ważniejsze twórcy zrezygnowali z 3D, które zalewa nas ostatnio z każdej strony. Bez trójwymiaru niektóre fragmenty filmu zapierają dech w piersi i zdecydowanie mogą się podobać.

Na koniec natomiast zostawiłem sobie danie główne, czyli aktorstwo. Połączono tutaj świeżość z rutyną – bardzo udane połączenie. Jeśli chodzi o młodych to oczywiście główne skrzypce odgrywa para Jennifer Lawrence i Josh Hutcherson. Między tą dwójką widać chemię i dobrze się ją ogląda na ekranie, ale jakoś nie potrafię uwierzyć odtwórczyni Katniss. O ile w scenach akcji „kupuję” ją bez problemu, o tyle kłopot mam z tym, gdy trzeba zagrać na emocjach – dla mnie ona wygląda po prostu sztucznie. Progres zauważalny jest w finałowej scenie filmu, więc może przy następnej okazji będę bardziej usatysfakcjonowany, niemniej niedosyt pozostał. Jeśli zaś chodzi o filmowego Peete’a, to on na mój gust do grania zbyt wiele nie ma i po prostu dobrze komponuje się do całości. W tej odsłonie pojawia się także kilka ciekawych nowych twarzy, które są pewnego rodzaju powiewem świeżości dla tego obrazu. Szczególnie w pamięci utkwiły mi dwie postaci. Pierwszą jest odtwórca Finnicka Odaira – Sam Claflin. Trudno mu do końca zaufać, bowiem lawiruje on pomiędzy postacią pozytywną a negatywną. Podobnie jest z Jeffrey’em Wright’em, który również kreuje się na postać niejednoznaczną. Jaki naprawdę jest jego inteligent Beetee? Nie chcę nikomu psuć zabawy, więc sami oceńcie wybierając się na seans. Do nowych Igrzysk… dołączył także nieoceniony Philip Seymour Hoffman. Pora więc przejść do bardziej dojrzałej części obsady. Amerykanin tak naprawdę nie gra, on jest. Wygląda na ekranie jakby przechodził koło planu filmowego i ktoś go nań zaprosił, aby ten wypowiedział kilka kwestii – na tym właśnie moim zdaniem polega jego geniusz, choć wiele osób taka postawa aktora może irytować. Stawiam go w nowej odsłonie przygód Katniss i Peete’a na równi z fenomenalnymi stałymi bywalcami obrazu, czyli Elizabeth Banks, Woody’m Harrelsonem i Donaldem Sutherlandem.  Wielka trójka ma godnego sprzymierzeńca. Choć każda z tych osób wciela się w zupełnie różnych bohaterów, to świetnie uzupełniają oni się ze sobą, powodując tym samym, że ów tytuł jeszcze bardziej zyskuje na swojej wartości.

Odpowiadając na pytanie postawione na początku, czy film Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia jest udaną adaptacją? Stwierdzam, że tak. Jeśli tylko damy się wciągnąć w te prezentowane wydarzenia, to z pewnością przymkniemy oko na niedoskonałości i będziemy się świetnie bawić. Nowy film Lawrence’a to kino rozrywkowe na dobrym poziomie. Kino, które chcemy brać pełnymi garściami. Kino, które powoduje, że z niecierpliwością czekamy na kolejne jego odsłony, aby dowiedzieć się, co dalej. To wreszcie kino, które z pozoru jest proste, ale tak naprawdę mówi o bardzo istotnych sprawach, obok których nikt nie powinien przejść obojętnie.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
cudowlnelato
Cudowne lato – recenzja
sniezka
Śnieżka – recenzja
rajmilosc
Raj: miłość – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*