Reżyser Peter Farrelly znany był do tej pory z niewiele wymagających od widza produkcji takich jak „Głupi i głupszy” czy „Sposób na blondynkę” i zdawało się, że w swojej karierze nie wyjdzie poza te utarte drogi. Tymczasem zaskoczył wszystkich realizując grany właśnie w kinach „Green Book” – obraz nominowany do Oscara (aż w pięciu kategoriach, m.in. „Najlepszy film”, „Najlepszy aktor pierwszoplanowy” i „Najlepszy aktor drugoplanowy”) i zdobywca trzech Złotych Globów. Co takiego ma w sobie „Green Book”, że został kinowym hitem?

To co na pewno wyróżnia tę produkcję to uniwersalna i prosta, ale mądrze opowiedziana historia oraz lekkość i humor z jakimi serwuje nam ją Farrelly. W „Green Book” spotykamy Tony’ego Lip, czyli Tony’ego Warę (Viggo Mortensen) – Amerykanina włoskiego pochodzenia, prostego faceta, niegdyś ochroniarza w nocnym klubie i Dr Dona Shirleya (Mahershala Ali) – elokwentnego, czarnoskórego wirtuoza pianina. Ten ostatni nie ma lekko, bo są lata 60. i segregacja rasowa w Stanach Zjednoczonych ma się dobrze. Na jego szczęście to Tony Wara zostaje jego kierowcą i poniekąd ochroniarzem w trakcie trasy koncertowej po dalekim Południu. I choć ta dwójka bohaterów pochodzi z dwóch, kompletnie różnych światów to w trakcie całej podróży jakoś musi się z sobą dogadać.

Jak łatwo się domyślić, wzajemna podróż tak innych od siebie bohaterów rodzi cały szereg komicznych rozmów i sytuacji, z których gwarantuje, szczerze się uśmiejecie. Lekkiego tonu filmowi nadają przede wszystkim świetnie rozpisane dialogi, charaktery postaci i oczywiście sama gra aktorska obu panów. Rzeczywiście, zarówno Mortensen, jak i Ali prezentują warsztat z górnej półki, a jako duet wypadają genialnie. Każda z tworzonych przez nich postaci jest charyzmatyczna i każda doskonale oddaje emocje, które potrafią chwycić nas za serce. Jeśli więc Amerykańska Akademia Filmowa ma ochotę wręczyć obu panom Oscara to ja jestem na tak!

Ale „Green Book” to nie tylko zabawne kino drogi. To też poważna, zgrabnie wpleciona w całą opowieść refleksja na temat rasizmu oraz przyjaźni pomimo, zdawałoby się dzielących, różnic. Peter Farrelly bardzo sprawnie i przystępnie obrazuje nam gdzieś w tle problemy rasowe w tamtym okresie uderzając bez nadmiernej ckliwości w poważne tony. Okazuje się, że ten reżyser doskonale wie, w którym momencie odłożyć żarty na bok i skupić się na cięższym temacie, a w którym rozładować napięcie. I to się chwali. Dzięki temu produkcja ma odpowiednie tempo i nie pozwala nam się nudzić, wręcz przeciwnie, ponad dwugodzinny seans mija nam ekspresowo.

I choć faktem jest, że Farrelly i jego najnowsze dzieło „Ameryki nie odkrywają”, historia w filmie toczy się przewidywalnie, a podobne duety i tematy widywaliśmy już na dużym ekranie (niektórzy porównują ten obraz do „Nietykalnych” Oliviera Nakache i Erica Toledano) to jednak „Green Book” ma nam wiele do zaoferowania. To bowiem jeden z tych ciepłych, świetnie zagranych filmów, który jednocześnie ubawi i wzruszy, a na koniec zostawi z przemyśleniami. Niewykluczone, że obraz zapisze się w historii kina jako jeden z klasyków i obrazów, które trzeba zobaczyć, a ja myślę, że już teraz wycieczka do kina jest obowiązkowa.

/autorka recenzji Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
komisarzblond
Komisarz Blond i Oko sprawiedliwości – recenzja
walesaplakat
Wałęsa. Człowiek z nadziei – recenzja
obywatel
Obywatel – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*