Robert Redford przeszedł już na zasłużoną emeryturę, ale zanim na dobre pożegnał się z wielkim kinem zostawił nam jeszcze jeden obraz, który nie tylko wyprodukował, ale i zagrał w nim główną rolę. „Gentleman z rewolwerem”, bo o tej produkcji mowa, to urocza, zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami opowiastka, która prawdopodobnie zginie gdzieś w tłumie bardzo poprawnych, ale nieporywających tytułów.

Historia w „Gentleman z rewolwerem” jest bardzo prosta. Główny bohater to starszy pan (Robert Redford), który wraz z dwójką kolegów (lub też sam) napada na banki. Ale nie są to zwykłe napady – nie uświadczycie tu krzyków, nadmiernej przemocy czy machania bronią na lewo i prawo dla postrachu. Wręcz przeciwnie. W świecie Forresta Thuckera, bo tak nazywa się nasz dżentelmen, w trakcie napadu jest miejsce na nienaganny strój i maniery, uśmiech na twarzy i opanowanie do samego końca. To dlatego kasjerzy i klienci banków tak zapamiętują napastnika, jednocześnie wyrażając się o nim bardzo ciepło. Po drugiej stronie barykady mamy natomiast poszukującą rabusiów policję, a właściwie trochę znudzonego swoją pracą detektywa Johna Hunta (Cassey Affleck).

Można by się spodziewać, że produkcja ta to klasyczna kryminalna intryga pełna zwrotów akcji i zupełnie wciągająca. Nic bardziej mylnego. Akcja w „Gentleman z rewolwerem” toczy się umiarkowanym, jednostajnym tempem, nie ma wzlotów i upadków, a brak elementu zaskoczenia powoduje, że momentami może być nawet zbyt nużąco. W filmie wszystko idzie gładko, a my spokojnie (chwilami niestety bez zaangażowania) poznajemy historię oraz co ważniejsze hobby Forresta Thuckera. Bo tak naprawdę twórcy obrazu przekonują nas, że warto robić w życiu to, co czyni nas szczęśliwymi, warto mieć pasję, dzięki której poczujemy, że żyjemy. A że grany przez Redforda bohater uwielbiał akurat rabować banki to już inna sprawa…

Pomimo wspomnianej statyczności, wyreżyserowany przez Davida Lowery odznacza się pewną lekkością, zgrabną realizacją i ciepłem jakie bije z ekranu. Mamy tu kilka urokliwych obrazków, klimat starego kina, kilka scen, które wywołają uśmiech na twarzy i całe mnóstwo kadrów, w których urzeknie nas sam odtwórca głównej roli. Bo chyba to jest najmocniejszą stroną tego poprawnego obrazu – obsada. Sam Redford uwodzi widza swoim ciepłym spojrzeniem i pogodnym wyrazem twarzy, doskonale partneruje mu zaś Sissy Spacek jako nowo poznana przyjaciółka, z którą toczy przyjemne, choć jednocześnie przyziemne rozmowy. Również Cassey Affleck gdzieś w trakcie seansu zyskuje na osobowości.

W ogólnym rozrachunku „Gentleman z rewolwerem” jest produkcją, która choć doskonale sprawdzi się na chandrę w jesienne wieczory to niekoniecznie jest obrazem, który każdy musi zobaczyć na wielkim ekranie. Spokojnie można obejrzeć go w domowym zaciszu.

/autorka recenzji Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
niezniszczalni
Niezniszczalni – recenzja
senszycia
Sens życia oraz jego brak – recenzja
wolnystrzelec
Wolny strzelec – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*