gdybudzasiedemonyPodobno demony mieszkają w każdym z nas. Kiedy robi się gorąco ujawniają swoją moc i walczą o rzeczywisty byt, a my pozostajemy spustoszeni, liczymy krzywdy, które wyrządziły. Ujawniają się one w najróżniejszych momentach – mój wewnętrzny demon ujawnił swoją tożsamość po obejrzeniu przeze mnie filmu Rolanda Joffé.

Przyparta do muru przeciętności, czekałam aż mój demoniczny przyjaciel da wyraz istnienia. I tak się stało. Zabolała mnie bylejakość opowieści, amerykański kicz dał się we znaki, a nuda wydarła ze mnie resztki sił. Z czasem jednak moja intelektualna furia ustąpiła wszechogarniającej obojętności, stała się tak mocna, że nie potrafiłam powiedzieć ani słowa o tym filmie. Na szczęście doszłam do siebie – teraz jest mi tylko smutno, smutno ponieważ film okazał się bezwstydnym niczym. Opowieść kreślona na obrazie zahacza o przewidywalność i banalną rozprawę z wojną. Dramatem dla mnie było patrzeć na mało-skomplikowaną historię, która w żaden sposób nie zmusiła mnie do myślenia. Byłam jedną z tych osób, które oglądają film, jedynie po to, żeby go obejrzeć. To dla mnie nie do przyjęcia, że przez cały czas byłam obok – nie pomógł mi ani reżyser, ani aktorzy, nawet muzyka nie zachwyciła.

Scenariusz musi być naprawdę „wyjątkowy”, żeby zaistniało tak trywialne upośledzenie filmowe. Fabuła Gdy budzą się demony poniża widza nadając  prosty rytm, każda sekwencja jest do określenia, nie wyróżnia się niczym – łatwo i przyjemnie można kolejną scenę sobie dopowiedzieć. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że całość wręcz rani swą tandetą. Typowy problem – ojciec i syn od lat nie rozmawiają ze sobą ze względu na powstały między nimi konflikt (ojciec nie sprawdził się w swej roli kochającego opiekuna), typowy sposób prowadzenia narracji – konający bohater opowiada historię swego życia oraz typowe zakończenie – ojca, na łożu śmierci, i syna łączy pojednanie, gdy umierający człowiek widziany jest niczym święty – poprzez smugi światła. Przez cały seans męczyłam się z własnym znużeniem i czekałam na moment, kiedy wszystko zmieni się, tak że wreszcie odnajdę poczucie sensu w całym filmie. I reżyser właśnie zaskoczył mnie, zaskoczył jednak tym, że nie ma nic wartościowego do przekazania w żadnej minucie filmu. Roland Joffé podejmuje próbę ukazania kilku wątków – w porządku, to jeszcze zniosłam – po czym gubi się w gąszczu własnych nieprzemyśleń, tak że nawet jeden fragment nie jest pogłębiony psychologiczne, a jedynie poprowadzony do końca, w lepszy bądź gorszy sposób – tego już darować nie mogłam. Najbardziej bolesne było mimo wszystko to, że otrzymałam każde nowe znaczenie podane dosłownie, na tacy pospolitej rozciągłości obrazu. Sprawia mi to wielką filmową przykrość.

Aktorstwo na jakimś tam poziomie nie pomogło filmowi w żaden sposób. Josemaría Escrivá (w tej roli Charlie Cox) zawsze taki dobroduszny, łagodny i uśmiechnięty tworzy gorący stereotyp świętego, natomiast wiecznie chmurny i nieprzenikniony Manolo Torres (Wes Bentley) dopełnia błazenadę kontrastu między nimi. A wszystko zaczęło się od ciekawskiego dziennikarza Roberto Torresa (Dougray Scott), syna Manolo… W film wżera się schemat i zwyczajność, do których ja mam wstręt.

Jeśli lubicie banalne rozwiązania, a zwyczajność przemawia do was najskuteczniej na świecie, to film ten spodoba się wam – przysięgam – lecz, jeżeli pragniecie dzieła filmowego na wysokim poziomie artystycznym, to nie traćcie pieniędzy na Gdy budzą się demony i wybierzcie coś innego.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
bracia
Bracia – recenzja
laponskaodyseja
Lapońska odyseja – recenzja
wstyd
Wstyd – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*