FrankenweeniePo bardzo przeciętnych Mrocznych cieniach, moje oczekiwania, co do wielkości kolejnego filmu Tima Burtona mocno się zmniejszyły. Nie mogłem jednak odpuścić sobie nowego filmu człowieka, który ładnych parę lat temu oczarował mnie m.in. Sokiem z żuka czy Edwardem Nożycorękim – dlatego też wybrałem się na Frankenweenie, który jest powrotem tego znakomitego artysty do korzeni.

W 1984 roku Tim bowiem stworzył dzieło o identycznym tytule, jednak z racji zbyt małego budżetu powstała tylko niespełna półgodzinna krótkometrażówka. Mamy końcówkę roku 2012 i Frankenweenie powraca do nas w pełnym wymiarze, a nawet w trójwymiarze!

Victor nie ma kolegów, posiada za to ukochanego pieska Korka. Niestety, pewnego dnia ten ginie pod kołami samochodu. Zrozpaczony chłopiec za wszelką cenę chce wskrzesić swojego czworonożnego przyjaciela. Gdy już mu się ta sztuka udaje, pojawiają się kłopoty. A wszystko przez ciekawość, która nie bez powodu nazywana jest pierwszym stopniem do piekła…

Pod płaszczem tej prostej historii można odczytać  przekaz, który m.in. mówi, że przyjaźń jest bardzo ważna w życiu człowieka i należy o nią zawsze walczyć. Ale nie tylko o prawienie morałów tutaj chodzi. Jeśli lubicie kino Burtona, to na pewno w najnowszym jego produkcie znajdziecie coś dla siebie. W obrazie tym zawarta jest spora dawka makabrycznego humoru, który charakteryzuje tego twórcę, poza tym jest tutaj sporo absurdu czy  ironii. Głośno się mówi, że reżyser czerpie inspiracje z życia prywatnego, z dzieciństwa. Jeśli koledzy Burtona byli choć w minimalnym stopniu podobni do tych ze szkolnej ławy filmowego Victora, to szczerze współczuję – moją faworytką w tym temacie jest wielkooka dziewczynka z bardzo podobnym do niej kotkiem (guanowy prorok) – na samą myśl o tej dwójce, znów chce mi się śmiać. Na piedestale stawiam także Pana Rzykruskiego, który łudząco podobny jest do… samego reżysera.

Powszechnie wiadomo, że w życiu liczą się dystans i poczucie humoru, szczególnie ten drugi element, to niekwestionowany atut tej i wielu innych produkcji Burtona. Nie samym śmiechem jednak człowiek żyje, toteż podczas seansu pojawiają się również momenty wzruszające. W sumie nie jest to zaskakujące, no bo, jak tu się nie wzruszać, gdy Victor ze łzami w oczach przytula nieżywego Korka – przecież to bardzo fajny psiak, którego zapisuję do listy moich ulubionych Burtonowskich postaci.

Frankenweenie to animacja, a skoro tak, to należy powiedzieć także kilka słów o dubbingu, który jest nieodłącznym elementem tego gatunku. Jak  prezentuje się on w języku polskim? Nie mam pojęcia, ponieważ zdecydowałem się obejrzeć ten tytuł w oryginale, i naprawdę nie żałuję. Słuchanie angielskich tekstów wypowiadanych m.in. przez Catherine O’Harę, Winonę Ryder czy Martina Landau, to prawdziwa poezja dla uszu. Dla oczu także, ponieważ jest to film utrzymany w tonacji czerni i bieli i właśnie dzięki tym barwom staje się on jeszcze straszniejszy (atrakcyjniejszy) i zyskuje niepowtarzalny klimat, który pozwala nam się bez reszty wbić w ekranowe wydarzenia. W tym miejscu uprzedzam: nie jest to produkcja przeznaczona dla młodszej widowni – niektóre postaci mogą być dla maluchów przerażające, a cała historia nazbyt mroczna.

Tim Burton powrócił w najlepszej formie. Ponownie straszy, śmieszy i wzrusza – poprzez swój film dostarcza nam mnóstwo fantastycznej rozrywki. We wstępnie wspomniałem o powrocie reżysera do korzeni. To prawda, nie tylko wydłużył swoją dawną idę o godzinę, ale także nawiązuje w niej do własnych produkcji, w sumie nie tylko do swoich. Co ciekawe Frankenweenie powstał przy współpracy z wytwórnią Disneya, ale nic na tym na szczęście nie stracił. Niepotrzebnie tylko przy tym tytule pojawiło 3D, ale taki już jest ten filmowy rynek. Tak czy inaczej nowy film tego oryginalnego artysty, to pozycja obowiązkowa!

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wojnazeskomeska
Wojna żeńsko-męska – recenzja
larrycrowne
Larry Crowne – recenzja
niania_i_wielkie_bum
Niania i wielkie bum – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*