dzikadrogaWydaje się, że Jean-MarcVallee znalazł receptę na filmowy sukces. Wystarczy stworzyć dzieło zainspirowane prawdziwymi, dramatycznymi wydarzeniami, zatrudnić porządnych aktorów i ruszyć w podróż, która będzie chwytać widzów za serca. Ta metoda sprawdziła się przy jego ostatnim projekcie, oscarowym Witaj w klubie. Czy podobnie będzie z Dziką drogą? Pierwsze triumfy obraz ma już za sobą – otrzymał dwie nominacje do złotych statuetek oraz pojawił się… na ekranach polskich multipleksów – co dalej?

Najnowszy obraz kanadyjskiego reżysera wpisuje się w szeroko pojęte kino drogi, choć stricte gatunkowo można umieścić je na półce: dramat biograficzny. Jego główna bohaterka, Cheryl (Reese Witherspoon) znajduje się na egzystencjalnym zakręcie. Właśnie rozstała się ze swoim partnerem, na domiar złego zmarła jej ukochana matka, będąca dla niej również najbliższą przyjaciółką. Kobieta postanawia rozpocząć zupełnie nowy rozdział w swoim nieudanym życiu. By móc odnaleźć siebie, podejmuje niezwykle ryzykowne, wręcz ekstremalne zadanie – rusza w wyczerpującą drogę liczącą tysiąc mil. Nie trudno się domyślić, iż swoiste katharsis wymagać będzie od niej odwagi, ale także wielu poświęceń. 

Choć historię Cheryl Strayed napisało życie, to scenarzysta przekładający ją na język filmowy nie do końca podołał swojemu zadaniu. Chwilami może się wydawać, iż dostaje on zadyszki i nie potrafi w pełni wykorzystać potencjału tej opowieści. To zaskakujące, tym bardziej, że Nick Hornby nie jest żółtodziobem (oscarowa nominacja za scenariusz do filmu Była sobie dziewczyna). Na szczęście małe niedogodności fabularne wypełnia kapitalna Reese Withterspoon. Śmiem twierdzić, że jest to jedna z najlepszych ról w jej karierze. Ponownie udowodniła, że posiada talent, który sprawnie wykorzystuje zarówno w rolach dramatycznych (wcześniej Spacer po linie) jak i komediach (dwie części Legalnej blondynki). Już od pierwszych scen kradnie film Jeana-Marc-Vallee dla siebie. Jest zdeterminowana, ale jednocześnie krucha. Nie straszne jej są: ból, otarcia czy siniaki, jednakże wciąż przypomina sobie, dlaczego musi przeżywać tę gehennę. Jej tułaczka jest dla niej odpowiedzią na ciążące w umyśle pytania o swoją egzystencję – z jednej strony uroni melancholijnie łzę, by chwilę później obrażać Boga, czy wykrzykiwać wszelakie wulgaryzmy. W opozycji do zachowania Witherspoon znajduje się jej ekranowa matka, w którą wcieliła się Laura Dern. Ta postać przywoływana jest jedynie we wspomnieniach – niewiele mówi, ale to właśnie ona jest dla widza mapą różnorakich zachowań Cheryl. Dzięki Bobbi możemy dowiedzieć się, dlaczego jej ukochane dziecko tuła się po bezlitosnym świecie z ciężkim bagażem życiowych doświadczeń i niemniej uciążliwym plecakiem. Nie da się ukryć, kanadyjski reżyser ponownie stworzył dzieło oparte na wspaniałym aktorstwie. W Witaj w klubie brylowali mężczyźni, tym razem uwaga skupiona została na przedstawicielkach płci pięknej.



 
Dzika droga zbudowana została również na wielu symbolach, metaforach. W tym miejscu przywołam postać tajemniczego lisa, który kilkukrotnie pojawia się przy Cheryl w czasie jej wędrówki. Zwierzę można interpretować wielorako, jednakże mając w pamięci scenę finałową sądzę, iż był on aniołem stróżem głównej bohaterki – obserwatorem nad nią czuwającym. Tych odautorskich niejednoznaczności na ekranie pojawiło się znacznie więcej, do takich zaliczam również świetne kadry autorstwa Yvesa Belangera. Malownicze, zapierające dech w piersi krajobrazy niosły za sobą jednocześnie znamiona tajemnicy i niepokoju. W połączeniu z zapadającym w pamięci soundtrackiem, powstał tu niepowtarzalny klimat, który niesamowicie oddziałuje na widza i kreuje jego emocje. W trakcie seansu czuje się on tak, jakby szedł krok w krok za Cheryl. Czy się z nią utożsamia? Po części na pewno. Wprawdzie aura romantyzmu ukazywana przez strofy poezji może wydawać się dlań naiwna i na poły infantylna, to wsłuchiwanie się w słowa El Condor Pasa już nie.

Dzika droga jest rzeczywiście okrutna. Nie tylko wywołuje emocje, nie tylko jej przebieg nie jest nam obojętny, ale przede wszystkim przeszywa ona nas na wskroś. Po ujrzeniu napisów końcowych z pewnością nikt szybko o niej nie zapomni. Warto wybrać się w tę wędrówkę, zwłaszcza w tak doborowym towarzystwie.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
niceguys
Nice guys. Równi goscie – recenzja
czarnywegiel
Czarny węgiel, kruchy lód – recenzja
zakochanygoethe
Zakochany Goethe – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*