duzezlewilkiWybierając się na ten film myślałam, że wracając ciemną nocą z kina moja głowa zacznie produkować dziwne obrazki i skojarzenia. Opis filmu sprzyjał wyobrażeniu, że będzie to kino dla ludzi o mocnych nerwach. Nie mogłam pomylić się bardziej, choć miałam rację. Faktycznie, na ekrany telewizorów w najlepszym czasie antenowym „Duże złe wilki” nie trafią, bo i nie powinny. Ale. To „ale” w tym obrazie jest wyjątkowo znaczące. Bo faktycznie kino łatwe i przyjemne to nie jest, ale dawno się już tak serdecznie nie uśmiałam przy okazji oglądania filmu.

Rozpoczynamy od historii, która powinna być czytana przez prokuratorów i to tych od spraw „ważniejszych”. Losy trzech bohaterów splatają się wokół odnalezionego w lesie zmasakrowanego ciała dziewczynki. Za słaby obrazek? Dziewczynki zgwałconej i pozbawionej głowy, której na miejscu zbrodni nie odnaleziono. Co oczywiste ta historia wstrząsa opinią publiczną małego miasteczka, zwłaszcza że morderca nie  poprzestaje na jednorazowym pokazie. To już chyba wystarczy dla mniej odpornych, żeby zakończyć oglądanie po pierwszych minutach, a naprawdę nie warto. Sam początek do porywających nie należy i szczerze przyznam, że myślałam, że się zawiodę, ale reżyser Aharon Keshales przygotował niesamowitą niespodziankę. W takiej oto scenerii poznajemy trzech panów – Miki’ego, policjanta, który usiłuje złapać dewianta, Dror’a nauczyciela, który staje się głównym podejrzanym w sprawie i Gidi’ego, ojca zamordowanej dziewczynki.

Kierowani żądzą zemsty Miki i Gidi posuwają się naprawdę daleko, po to by poznać prawdę o tym co się stało. Zwłaszcza Gidi budzi w sobie krwawego psychopatę, niezważającego na konsekwencje swoich działań. Skąd więc u mnie śmiech? Scenariusz jest tak ułożony, że pojawia się on w momentach największego napięcia. Kiedy już siedzicie w fotelu jak na szpilkach, szykując głowę do odwrócenia w tył, nagle słyszycie dialog, który sprawia, że mało co nie lądujecie pod ten sam fotel. Gidi opowiada swoją dopracowaną bajkę, opartą na kartotece sprawy córki, taką narracją, że może ona doprowadzić do emocjonalnego zawrotu głowy. Całą gamę zaskoczeń i surrealizmu dopełnia postać nieznajomego na koniu, pojawiająca się w filmie wyjątkowo, ale w tak niezwykłych okolicznościach, że nie sposób odebrać mu miana baśniowego. Przy okazji  budowania narracji warto zwrócić też uwagę na ujęcia, zbliżenia, które zamieniają pozornie prostą scenę w skomplikowaną grę emocji. Nie zapominajmy o muzyce. Ścieżka dźwiękowa mogłaby się tu stać samodzielnym bohaterem – mocno niezrównoważonym zresztą.

Nie jest dziwne, że filmowy plakat opatrzony jest komentarzem Quentina Tarantino, bo skojarzenia z tym twórcą nasuwają się same, z tym że izraelska bajka idzie o krok dalej niż on. Brutalność jest jeszcze bardziej zaostrzona, co za tym idzie komizm jeszcze bardziej zaskakujący. Ale bynajmniej nie można powiedzieć, że twórcy kpią sobie z tak tragicznego układu. Postacie nie mają bawić. Robią to mimochodem, pokazując przy okazji także złożoność psychologiczną człowieka, to co może w nim drzemać i czego lepiej nie budzić. Cała groza ludzkiego charakteru wychodzi w tym filmie na wierzch. I chwała twórcom, że udało się im uniknąć zarówno miałkiej komedii, jak i nieznośnego patosu.

Film dziwny do granic możliwości. Zaskakujący jak tylko się da. Różnorodny do bólu. Gdyby Amerykańska Akademia Filmowa doceniała kinematograficzne perełki ten obraz musiałby zostać uhonorowany.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
nocrekinow
Noc Rekinów 3D – recenzja
sekretymorza
Sekrety morza – recenzja
mapadzwiekowtokio
Mapa dźwięków Tokio – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*