Jeśli znacie Larsa von Triera, jeśli oglądaliście na przykład „Nimfomankę” albo „Antychrysta” to wiecie z czym mniej więcej „je się” tego reżysera. To twórca, który lubi prowokować do dyskusji, manipulować widzem i chyba nade wszystko szokować. Po paru latach von Trier powraca na kinowe ekrany z produkcją „Dom, który zbudował Jack” i znów sprawia, że jest o nim głośno, bo z seansu tego filmu widzowie zwyczajnie wychodzą. I na dobrą sprawę wcale im się nie dziwię.

„Dom, który zbudował Jack” reklamowany jest przez dystrybutora jako obraz psychopatycznego mordercy stawianego zaraz obok postaci takich jak Dexter czy Hannibal Lecter. Ale wspomniani dwaj to przy tytułowym Jacku prawdziwi dżentelmeni. Jack, grany tu przez Matta Dillona, to wirtuoz zbrodni, według którego każde morderstwo to dzieło sztuki i w tym tonie opowiada nam o swoich dokonaniach. W filmie przedstawianych nam jest pięć incydentów – jak nazywa je główny bohater, które miały miejsce na przestrzeni dwunastu lat, ale dokonanych przez niego zbrodni jest znacznie więcej. Jack morduje kobiety, najczęściej te mało inteligentne i próżne, dzieci (z których robi potem kukiełki), ale i mężczyzn. Oczywiście te mordy, a czasem i rzeczy dokonywane przez zbrodniarza z ciałami są niezwykle brutalne i często wręcz obrzydliwe. Każdy incydent opatrzony jest komentarzem zza kadru stanowiącym rozmowę Jacka z tajemniczym mężczyzną Vergem (Bruno Ganz), ale niestety te refleksje to niejednokrotnie banały. Dodatkowo von Trier swoją narrację przekłada mnóstwem niewiele wnoszących obrazów i odniesień do sztuki oraz do swoich poprzednich filmów.

W ten sposób reżyser wypełnia dwuipółgodzinny seans, który niestety mocno rozczarowuje, bo właściwie przez cały ten czas nie oglądamy nic innego jak dokonywanie kolejnych i kolejnych, sadystycznych morderstw. Gdzieś tak w połowie tego spektaklu mamy dosyć, bo zbrodnie nie ekscytują, a wręcz przeciwnie, strasznie nużą. Ty razem produkcja Larsa von Triera wydaje się więc być wydmuszką, której nie pomaga przyzwoity czarny humor (mogłoby go być jeszcze więcej), ani, tak charakterystyczne dla niego, prowadzenie kamery z ręki, czy szybki montaż. Mocnym punktem produkcji jest też na pewno sam Matt Dillon i jego świetny warsztat, bo tak naprawdę to jego spektakl, a pokazywać ma co. Od ekscytacji nowym sposobem na zabójstwo, przez złość, gdy coś idzie nie po jego myśli, irytację, aż po zadowolenie z siebie, gdy osiąga cel. Zaś największą siłą tego aktora jest jego minimalistyczna mimika i prawdziwie psychopatyczne spojrzenie, które przykuwa naszą uwagę w każdej jego scenie.

Niestety, sam Matt Dillon i naprawdę śmieszny, czarny humor w „Dom, który zbudował Jack” nie przekona mnie, by uznać seans tej produkcji za udany. Zwyczajnie jest ona zbyt męcząca i zbyt nieprzyjemna, by tracić na nią ponad dwie godziny swojego życia. Lars von Trier tym razem przesadził ze swoją ekspresją i stworzył obraz chyba wyłącznie dla swoich zagorzałych fanów, bo cała reszta widzów raczej nie odnajdzie się w jego konwencji i estetyce.

/autorka recenzji Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
tajemnica
Tajemnica Westerplatte – recenzja
ponadnami
Ponad nami tylko niebo – recenzja
lily
Lily – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*