daybreakersO wampirach. Próba artystycznego spojrzenia na problem człowieczeństwa, życia i śmierci połączona z hollywoodzkimi efektami specjalnymi.

Dziesięć lat temu Ziemię opanowała zaraza. Ludzie zaczęli zamieniać się w wampiry. Kto się nie przemienił został dostawcą krwi. Jednak z czasem krwi zaczęło brakować. Grupa naukowców usilnie próbuje odnaleźć stabilny lek mogący odtworzyć zanikającą rasę ludzką. Ratunkiem może być były wampir. Jedyny człowiek, któremu po dziewięciu latach serce ponownie zabiło.

Daybreakers zaskoczy każdego, kto pójdzie do kina po obejrzeniu reklam tego filmu. Nie, to nie jest w żaden sposób Matrix połączony ze Zmierzchem. To próba ambitnej produkcji „odczarowująca:” mit wampira i wampiryzmu. O wampirach wybitnie pisała Maria Janion, poetycko zaprezentowano go w Nosferatu – symfonii grozy. Przeżywał renesans dzięki Wywiadowi z wampirem, potem spłaszczono go dzięki Blade’owi i wskrzeszono w emo wersji poprzez ekranizację Zmierzchu.

Wampir z Daybreakers to człowiek zagubiony. Bojący się śmierci, utraty władzy, a z drugiej strony tęskniący za biciem serca, spojrzeniem prosto w słońce i opalaniu się na plaży. Nie zakochuje się w swoim posiłku, z trudem zwalczający swój nałóg i pragnienie ludzkiej krwi.

Świat przedstawiony w filmie jest wieloraki. Najważniejsze wampiry zamieszkują sterylne mieszkania, pracują w chłodnych biurowcach. Wraz z większym zezwierzęceniem obraz ten ulega zmianie. Najniższa klasa krwiożerczych istot żyje pośrodku slumsów. Ludziom pozostawiono naturę, dzikie, bezkresne pola i pustynię. Lasy, rzeki. Trochę stereotypowo, ale jednak pięknie.

Najciekawiej w filmie prezentuje się jego strona wizualna. Zdjęcia są ładne, nasycone brązem i złotem. Jest kilka kadrów, między innymi rzeź strażników, które zabijają dech w piersiach. Jeśli już iść tropem Matrixa, to efekty wykorzystane w filmie są po to, aby Daybreakers upiększyć, a nie pokazać jakie fajne efekty można stworzyć. Do scenariusza można się nieco doczepić – nieco skrótowy, wszystko dzieje się zbyt szybko i za łatwo.

Najnowszy obraz o wampirach ma pecha, bo jest filmem środka. To ani nie hollywodzka „masówka”, ani głęboka, artystyczna produkcja. Zapewne spowoduje to tylko tyle, że produkcja ta za jakieś dwa tygodni zniknie z repertuarów kin. Film spodoba się osobom, którym podobały się np.: Equlibirum, Gattaca, czy chyba najbardziej podobne klimatem W stronę słońca. Reszta może uznać go za nudnawy lub tez zbyt powierzchowny. Ja mogę uznać go za trochę lepszy niż przeciętny, czyli wart obejrzenia, dla chociażby samych zdjęć.

 


Przeczytaj także:

Sherlock Holmes – recenzja

Wrota do piekieł – recenzja

Premiery kinowe – styczeń 2010

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wilkzwallstreet
Wilk z Wall Street – recenzja
kochalemja
Kochałem ją – recenzja
wolnystrzelec
Wolny strzelec – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*