czaswojnyWojenna epopeja opowiadająca o miłości chłopca o imieniu Albert do konia o imieniu Joey. Zapewne wielu z was przeraziło powyższe zdanie, a część nie przestaje się śmiać. Na szczęście nie jest tak źle, jak się początkowo zapowiada. Nie jest niestety także dobrze.

Sielska wioska w Wielkiej Brytanii. Ludzie żyją tu w zgodzie z naturą. Sieją, orzą, kochają się i mają swoje maleńkie problemy. Takie jak np. problem z właścicielem ziem, brak pieniędzy oraz wychowanie niepokornego konia. W tak malowniczej okolicy mieszka Albert z rodzicami. Jego największym, także dosłownie, przyjacielem jest wspomniany na początku Joey. Niestety nadchodzi czas wojny. Losy nastolatka i zwierzęcia rozdzielają się.

Czas wojny to najnowsze dzieło autorstwa Stevena Spielberga. To także obraz straszliwie nierówny. Pierwszą godzinę można sobie po prostu darować. To jakaś, nie do końca sensowna, opowiastka o miłości chłopca i konia w klimatach Babe. Świnka z klasą. Patetyczna, z niezamierzonymi zapewne podtekstami. Za kulminację absurdu można uznać gęś – cichego obserwatora tragicznych losów domowników. Człowiek w takich chwilach myśli tylko, kiedy ze stodoły wyskoczą myszy z niedużą świnią i zaczną śpiewać zabawne piosenki.

Na szczęście około pięćdziesiątej minuty historia zaczyna być sensowniejsza, a akcja nabiera tempa. Rozpoczyna się opowieść o zwierzęciu wplątanym w kolejne losy nieszczęśników biorących udział w I Wojnie Światowej. Widać tu wymiar pacyfistyczny Czasu wojny – wojna to zło. Zło, które rani i dosięga każdego, niezależnie po której stanie stronie. Na nasze nieszczęście Spielberg nie potrafi wyjść z roli “łopatologicznego” moralizatora i fana patosu (ostatnia scena zrealizowana w scenerii zachodzącego słońca – zgroza). I chociaż momentami film jest bardzo, bardzo dobry za chwilę wszystko znika za sprawą jakiejś kiczowatej sytuacji.

Jeśli wybierać się na Czas wojny to głównie ze względu na rewelacyjne zdjęcia autorstwa Janusza Kamińskiego. W szczególności panoramy, sceny batalistyczne – widać tu rękę sprawnego rzemieślnika. Tak – rzemieślnika. Bo film ten to po prostu dobre rzemiosło, bez szczypty artyzmu. I polane zbyt dużym sosem patosu.

Nie jest tak źle, jak po pierwszych minutach może nam się wydawać. Nie jest tak dobrze, jak chcielibyśmy. Jeśli jesteście wielbicielami nieco patetycznych opowiastek, hollywoodzkiego “pięknego kina” obraz ten wam się spodoba. Ale, o czym wspomniałem – spóźnijcie się na projekcję co najmniej o 40 minut. Wcześniej nie warto przychodzić.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
strei
Straight Outta Compton – recenzja
peryferie
Peryferie – recenzja
kingsman
Kingsman. Tajne służby – recenzja
6 komentarzy
  • Kamil123
    6 listopada 2012 at 18:06

    Szczerze, ten film jest do d**y, poza nielicznymi scenami jest po prostu nudno. A co do recenzji to dosyć pobłażliwa dla tego filmu.

  • ANONIM
    29 października 2012 at 16:57

    film świetny,opowiada o miłości jeźdca DO KONIA 😆 🙄

  • acer
    27 czerwca 2012 at 21:27

    co za kretyn napisal ta recenzje, jak ja mu za chwile strzele recenzje jego recenzji, to z podziwu nie wyjdzie. film jest arcydzielem, jak dla mnie, zaden inny nie odda tak dobitnie postaci wojny, przyjazni i milosci w jednym. swietnie zrobiony, troche wstrzasajacy, ale to tylko podwaja wrazenia i dzieki temu nie staje sie kolejna beznadziejnie denna zbitka scen, lecz zapada w pamiec. przynajmniej ja nie moge o nim przestac myslec. polecam. 🙂

  • Piotr
    9 kwietnia 2012 at 14:50

    Chyba Koń wojny. A nie czas. Bożę, polskie tłumaczenie.

  • Sylwia
    26 lutego 2012 at 14:23

    Racja recenzja do d**y , ten film jest cudowny !! 😆 😀

  • piotr
    23 stycznia 2012 at 09:04

    Recenzja do du*py , lepiej jej nie czytajcie a film wspaniały i szczerze go polecam.

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*