Najnowszy film Borysa Lankosza „Ciemno, prawie noc” miał spory potencjał do tego, by stać się kinowy hitem: scenariusz oparty na bestsellerowej powieści Joanny Bator, znanego z „Rewersu”, dobrze rokującego reżysera i przyciągający klimatem zwiastun. Zapowiadało się solidne kino, a wyszedł, cóż, przerost formy nad treścią.

Fabuła produkcji Lankosza opiera się na wątku dziennikarki Alicji (Magdalena Cielecka), która przyjeżdża do rodzinnego Wałbrzycha, by napisać artykuł o zaginięciach trójki dzieci. Kobieta umawia się na rozmowy z rodzicami zaginionych, próbuje poznać okoliczności zdarzeń i wypytuje o osobowości dzieci. I choć wydawać by się mogło, że wątek kryminalny będzie tym dominującym to szybko okazuje się, że głównej bohaterce brak trochę werwy do prowadzenia własnego śledztwa i zamiast niego przez lwią część filmu poznaje swoją przeszłość. Ta z kolei przenika się z historią całego regionu i mieszkańców miasta. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że z każdą kolejną minutą filmu reżyser mnoży wątki i postaci, co momentami powoduje wrażenie chaosu oraz co gorsza, niemiłosiernie rozwleka akcję. W konsekwencji „Ciemno, prawie noc” nie jest ani wciągającym kryminałem, ani nie zawiera głębszej analizy postaci, w końcu nie jest też udaną baśnią, do miana której aspiruje.

Jeśli o baśń chodzi to właśnie po części w takiej konwencji twórcy próbują przedstawić nam tę opowieść. I o ile sprzyja temu zbudowany świetnymi zdjęciami Marcina Koszałki klimat – większość seansu spędzamy z mrocznymi, ciężkimi kadrami, czy momentami teatralne sceny, o tyle mnogość opowiadanych wątków, ich okrucieństwo (bo tematy, po które sięga film to m.in. pedofilia) oraz brak spójności sprawiają, że ciężko nam „kupić” wykreowany tu świat. Mało tego, brak dynamiki, nagłe przeskoki pomiędzy bieżącymi wydarzeniami i historią oraz gęsta atmosfera powodują, że seans „Ciemno, prawie noc” jest zwyczajnie męczący. Choć film trwa w zasadzie dwie godziny, po wyjściu z kina mamy wrażenie, że spędziliśmy w nim co najmniej cztery.

Sytuacji nie ratuje, bądź co bądź, doborowa obsada. Twórcy do swojej produkcji angażują m.in. wspomnianą Magdalenę Cielecką, Marcina Dorocińskiego, Piotra Fronczewskiego czy Dorotę Kolak, ale nawet świetne momenty niektórych z tych nazwisk nie są w stanie zrekompensować nam tak chaotycznie rozpisanego scenariusza. A jeśli spodziewalibyście się, że choć pod koniec tej produkcji tempo akcji przyspieszy i stopniowo razem z bohaterami wyjaśnicie zaginięcie dzieci to owszem, zrobicie to, ale niemalże jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bo u Lankosza rozwiązanie pojawia się na dobrą sprawę znikąd, ot, byle tylko skończyć wątek.

Cóż, oczekiwania i ambicje co do „Ciemno, prawie noc” były spore i jak widać przerosły twórców. Zarówno Ci, którzy czytali książkę Joanny Bator, jak i Ci, którzy jej nie znają najprawdopodobniej wyjdą z kina rozczarowani. Ba, niektórzy wychodzili już w trakcie seansu.

/autora recenzji Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wimie
W imię… – recenzja
rana
Cinergia 2015: Rana – recenzja
cudowlnelato
Cudowne lato – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*