brooklynOd ostatniego roku media całego świata bombardują społeczeństwo informacjami o emigrantach. Z reguły oglądamy kilku rosłych mężczyzn o ciemnym kolorze skóry, którzy bardziej przypominają bandytów niż ludzi błagających o azyl. Czy emigrant zawsze musi wyglądać jak niechciany „pies z podkulonym ogonem”? Czy kolor skóry determinować będzie jego przynależność do określonej grupy? Czy jego spojrzenie zdradzać będzie gniew i rozczarowanie?

„Brooklyn” osadzony jest w latach 50 XX wieku. Opowiada historię młodej irlandzkiej dziewczyny – Eilis Lacey. Sytuacja życiowa zmusza ją do wyjazdu na drugą stronę Atlantyku. Eilis ma problemy z dostosowaniem się do reguł, jakie panują w wielkiej metropolii. Pomimo tego, iż przebywa wśród swoich, nie czuję się komfortowo, a Nowy Jork, który z początku miał być wybawieniem, okazuje się rozczarowaniem. Z chwilą poznania młodego, przystojnego Włocha – Tony’ego, życie głównej bohaterki nabiera rumieńców i powraca na właściwe tory. Los jednak bywa złośliwy. Z powodu kilku nieszczęśliwych wypadków Eilis zmuszona jest powrócić w rodzinne strony. Tam pomocną dłoń wyciąga do niej przystojny i dobrze prosperujący Jim Farrell.

Reżyser – John Crowley – twórca zapomnianego (świetnego!) „Intermission” i kilku odcinków drugiego sezonu „True Detective” nakręcił standardowy melodramat. Wszystko jest tu zrobione według hollywoodzkiego elementarza. Mamy piękną, zagubioną dziewczynę i dwóch przystojnych dżentelmenów, którzy walczą o jej względy. Każdy z mężczyzn przypomina „księcia na białym koniu”. Najlepiej byłoby ich połączyć. Jeden jest szczery i oddany, ale bez zaplecza finansowego. Drugi może poszczycić się sporym majątkiem i dobrymi manierami, jednak brak mu młodzieńczej buty i szaleństwa. Wszystko to okraszone jest odpowiednią dawką patosu.

Prosta z pozoru historia miłosnego trójkąta ma swoje plusy. I to duże. Po pierwsze – odwzorowanie epoki. Zadbano o każdy, najmniejszy detal. Scenografie i kostiumy są pięknym dopełnieniem kadrów, a zdjęcia autorstwa Yves’a Belangera sprawiają, że przenosimy się w świat baśni, a nie brudnego, miejskiego zgiełku. Wcielająca się w rolę Eilis Saoirse Ronan jest bezbłędna. Operuje całą paletą emocji. Idealnie oddaje uczucie tęsknoty za ojczyzną, niezdecydowanie w sprawach sercowych i piętno bycia emigrantem na obcym terytorium. Partnerujący jej Emory Cohen jest jeszcze lepszy (dziwi brak nominacji do jakiejkolwiek filmowej nagrody). Tony w jego wykonaniu to dżentelmen w każdym calu. Jest troskliwy, odważny i oddany sprawie. Damska część publiczności pomyśli: „szkoda, że tacy mężczyźni nie istnieją”.



   
„Brooklyn” jest w pewnym sensie „odgrzanym kotletem”. Hollywood karmiło widownię produkcjami tego typu w latach 50 i 60 XX wieku. Wydawać by się mogło, że wpłynie to niekorzystnie na całokształt obrazu Crowley’a. Nic podobnego. Największą siłą filmu jest właśnie jego klasyczna maniera. Jego baśniowość sprawia, że mimo wszystko, dajemy się nabrać na tę z pozoru prostą historię. Jedynym uchybieniem jest ucieczka od tematu emigracji, a szkoda. Dla dzisiejszej młodzieży emigrantem nie może być młoda, białoskóra dziewczyna pochodząca z cywilizowanego kraju.
   
Wielu krytyków dość chłodno przyjęło „Brooklyn”. Zarzuca się mu brak oryginalności i przewidywalność. Czasem tego typu zarzuty mogą okazać się bezpodstawne, ponieważ chcemy zobaczyć to, co już wcześniej widzieliśmy. Nie na darmo w 1942 roku Ingrid Bergman wypowiedziała magiczną sentencję: „Zagraj to jeszcze raz, Sam”.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
kowbojeobcy
Kowboje i obcy – recenzja
bycjakdejna
Być jak Kazimierz Deyna – recenzja
wimieniudiabla
W imieniu diabła – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*