asterix4Filmowy Asterix ostatnio (przyp. 2006 roku) brał udział w olimpiadzie. Po kilku latach oczekiwań widzów przyszła kolej na… Brytanię. Tym razem wąsaty gal, wraz ze swym przyjacielem Obeliksem, wyruszają na pomoc królowej Cordelii, której włości zostały zaatakowane przez zachłannego Juliusza Cezara. Jedynym ratunkiem po raz kolejny wydaje się być magiczny napój… 

Na ekranie rozegra się zatem prawdziwa bitwa o Anglię, która obnaży prawdziwy charakter obu walczących strony. Twórcy filmu zadbali o to, aby stereotypowo przedstawić Rzymian i Brytów. Jakie to klisze – nie zdradzę, ale podpowiem, że łatwo się jest ich domyślić. Po raz kolejny pojawią się także pechowi piraci i ich rudobrody dowódca, ale przyznam szczerze, ten powtarzający się motyw zaczyna być strasznie nudny ponieważ nie wnosi żadnej świeżości do opowiadanej historii.

Skoro mamy do czynienia z wojną, należy ocenić stronę wizualną filmu. Otóż, zdjęcia są całkiem zgrabne, scenografia  kostiumy także mogą się podobać, najbardziej kuleją  efekty specjalne, które we fragmentach są za bardzo przekombinowane, przez co łatwo zaobserwować nadmierne użycie komputerowych sztuczek. Jeśli o obrazie już mowa, to przyznam się, że najnowszą odsłonę przygód Asteriksa oglądałem w technice 3D. Żałuję tego kroku – cóż człowiek uczy się na własnych błędach. Jestem widzem antytrójwymiarowym, który uważa, że 3D sprawdza się tylko w przypadku filmów przyrodniczych. Uważam też, że wydawanie pieniędzy na trójwymiarowe animacje, w których nie wiele można zobaczyć jest bezsensowne – więc i tym razem cudów się nie spodziewałem. Wprawdzie podczas seansu poleciało w moją stronę kilka przedmiotów, bohaterów miałem bliżej siebie, ale szczerze powiedziawszy to całe 3D bardziej mi przeszkadzało niż pomagało w seansie (chodzi głównie o okulary). Może przesadzam, ale po raz kolejny stwierdzam, że trójwymiar to przereklamowany bajer, który niebawem może się wszystkim po prostu znudzić.

Francuski język lubię bardzo, filmy z tego kraju również, ale czym byłyby przygody Galów bez polskiego dubbingu? No właśnie, wiele kwestii, które słyszymy z ekranu są stworzone właśnie pod nas, ludzi, którzy doskonale znają polską rzeczywistość. Wprawdzie teraz nie przychodzi mi na myśl żaden cytat z tej produkcji, który oddawałby naszą nadwiślańską codzienność, ale w poprzednich obrazach z serii takowych było mnóstwo (wystarczy przypomnieć sobie Misję Kleopatra). W ogóle kwestia językowa w brytyjskiej wyprawie filmowej intrygowała mnie od momentu, w którym dowiedziałem się, że ów dzieło ma powstać. Wszak Anglicy to tak jak i Francuzi bardzo dziwne nacje (bez urazy), które dbają o swój język i posługują się nim w szczególny sposób. A jak to wygląda w zdubbingowanej wersji najnowszych przygód Asteriksa? Ano z jednej strony interesująco, z drugiej zaś denerwująco. Dlaczego? Chłopaki z Rzymu i Galii posługują się normalną polszczyzną, nie kaleczą jej itd. Natomiast Brytowie przeplatają nasz język ze swoim, przez co z ekranu słyszymy właśnie teksty typu: Wasza majesty, albo jestem hungry (swoją drogą komiczna sytuacja). Na początku myślałem, że to fajny pomysł, nowatorski etc.  Pod koniec seansu jednak już lekko się irytowałem, ponieważ nie było w tej wymowie żadnej równowagi i niektóre przeplatanki były z wzięte z niczego. Co za dużo to i świnka nie zje, tak mawiała moja Pani nauczycielka w szkole – wtedy się z niej śmiałem, dzisiaj już wiem o co jej chodziło, przekonałem się o tym w kinie na własnej skórze.

Personalnie najlepiej wypadł (jak zwykle) Wiktor Zborowski, który włożył swoją mowę w usta Obeliksa. Tomasz Borkowski użycza głosu Asteriksowi i szczerze przyznam, że gdy go słuchałem tęskniłem za panami Morańskim i Packiem, którzy wcześniej dubbingowali główną postać filmu. Z ekranu słychać także głosy pań: Beaty Tyszkiewicz i Katarzyny Kwiatkowskiej, a także panów: Łozowskiego i Brodnickiego – piszę o nich nie bez powodu.

Ale to już było i nie wróci więcej? Tak to leciało w piosence, znane powiedzenie mówi, że nie zabija się kury znoszącej złote jaja, więc myślę, że jeszcze przynajmniej raz Asterix zawita na wielkim ekranie. Jeśli tak by było, to apeluję do twórców filmowych żeby sfabularyzować Dwanaście prac, które są moją ulubioną animacją. Wiem, że seria winna się mieć ku końcowi, ale skoro prawdopodobnie Galowie nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, to mogę sobie puszczać prośby w internetową przestrzeń.

Może w tym momencie podpadnę wielu osobom, ale stwierdzam, że Asterix i Obelix: W służbie jej królewskiej mości jest najsłabszym z dotychczasowej serii. Żarty rzucane z ekranu średnio do mnie trafiały, tym bardziej, że wydawało mi się, że to już było i gdzieś to kiedyś słyszałem. Aktorsko obraz Laurenta Tirarda także nie zachwycił. W porządku w filmach tego typu nie chodzi o jakieś wyżyny umiejętności, nawet jeśli na ekranie pojawia się gwiazda takiego formatu, jak pani Catherine Deneueve, ale… no właśnie! Wielka szkoda, że znowu zmieniono aktora wcielającego się w postać Asteriksa (obecny grał Otisa w Misji Kleopatra!) – ten najważniejszy tutaj bohater miał już zbyt wiele twarzy, w tym zdecydowanie najlepszą Christiana Claviera.

Fabularnie rewelacji także nie ma, para scenarzystów: Gregoire Vigneron jak i wspomniany wcześniej Laurent Tirard jakoś szczególnie się nie popisali. Jako plus można im zapisać, że w tej części pojawiają się nowi bohaterowie, którzy do tej całej stateczności i schematyczności wprowadzają trochę ruchu (niektórzy nawet dosłownie).

Narzekam i narzekam, pada więc pytanie: czy się zawiodłem na tym filmie? Nie, po prostu chyba jestem za dorosły (o ironio) na takie filmy i prezentowany w nich humor. Pierwszą z fabuł oglądałem w wieku dziewięciu lat, pory roku mijały, zmieniał się Asterix, zmieniałem się i ja. Oboje się postarzeliśmy – z tym że ja chyba bardziej.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
samsara
Samsara – recenzja
felixnet
Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa – recenzja
jackstrong
Jack Strong – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*