eskortaDziki Zachód z jego brawurowym tempem akcji,  rewolwerowcami, Indianami, pojedynkami, pościgami na koniach i preriami nie jest estetyką,  w której bym się odnajdywała, stąd do wszelkich westernów podchodzę z rezerwą. Nie inaczej było z najnowszym filmem Tommy Lee Jonesa „Eskorta” reklamowanym właśnie jako western z elementami dramatu. Może fani gatunku poczują się zawiedzeni,  ale po seansie śmiało można powiedzieć, że na pewno nie jest to klasyczne kino Dzikiego Zachodu. Czym więc jest produkcja Lee Jonesa i czy warta jest naszego zachodu, a więc wycieczki na seans?

Pierwszym skojarzeniem jakie nasuwa się w trakcie seansu, ale również czytając opis fabuły, to kino drogi. W „Eskorcie” mamy bowiem dwójkę głównych bohaterów – Mary Bee Cuddy (Hilary Swank) i Briggsa (Tommy Lee Jones), którzy ruszają w daleką drogę, by przewieźć trzy chore psychicznie kobiety do innego stanu. Wyprawa absolutnie nie będzie należeć ani do łatwych, ani do bezpiecznych,  a już na pewno nie do przyjemnych. Cała więc fabuła jest zobrazowaniem zdarzeń toczących się w trakcie podróży i w dużej mierze opiera się albo na rozmowach naszych konwojentów albo na milczących, choć nadal wymownych, kadrach.

Same kadry oraz realizacja tej produkcji w ogóle to zdecydowanie elementy zasługujące na uwagę. Reżyser postawił tu bowiem na dłuższe ujęcia, zwłaszcza wtedy, gdy na ekranie dominują surowe, rozległe stepowe krajobrazy. Dzięki temu film zyskuje walor wizualny w postaci pięknych widoków dzikiej przyrody, który zapewne ujmie niejednego widza i który również jest dobrym dopełnieniem zdarzeń. Akcja zaś toczy się dość leniwie i ktoś mógłby zarzucić Lee Jonesowi, że tempo wydarzeń niemalże dorównuje tempu, w jakim nasi bohaterowie poruszają się naprzód, a bynajmniej nie jest ono zawrotne. Zauważcie natomiast, że tym samym „Eskorta” swoją dynamiką odbiega od znanych nam energicznych kadrów typowych westernów, choć nadal sporo tu westernowej konwencji. Za to na pewno bliżej jej do klasycznego dramatu.

W filmie tym bowiem nie brakuje przygnębiających, a nawet wstrząsających zdarzeń i obrazów. Każda z wiezionych przez Cuddy i Briggsa kobiet przeżyła swoją własną traumę: choroby i zabójstwa dzieci, gwałty oraz okrucieństwo ze strony mężczyzn. Również główna bohaterka – Mary Bee, choć na pozór silna, okazała się mieć swoje wewnętrzne demony, z którymi nie potrafi sobie poradzić.  I właśnie przez takie, a nie inne towarzyszące tym postaciom produkcja ta zdecydowanie nie należy do tych, które oglądało by się łatwo i przyjemnie.

Nie da się natomiast ukryć, że „Eskorta” to kino zdominowane przez role kobiece, na czele z kreacją stworzoną przez Hilary Swank. To ona ze swoim oszczędnym w formie, za to niezwykle wyrazistym warsztatem kradnie ekran całkiem niezłemu Tommy Lee Jonesowi i reszcie obsady, łącznie z mającą tu niewielki epizod Meryl Streep. I trzeba się zgodzić, że to jedna z jej  lepszych ról w dotychczasowym dorobku.

Nie ulega więc wątpliwości, że „Eskorta” to propozycja dla fanów Hilary, a i pewnie Tommy Lee Jonesa. Wyprawy do kina nie powinni również żałować zwolennicy niełatwych dramatów, a  jeśli chodzi o entuzjastów Dzikiego Zachodu to w tej produkcji mogą znaleźć trochę nieszablonowości w doskonale znanym im gatunku.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wygrany
Wygrany – recenzja
jesabelle
Klątwa Jesabelle – recenzja
Suspiria – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*