dzikiehistorie

Frustracja czy złość to emocje towarzyszące nam na co dzień. Irytują nas i ludzie i zdarzenia, które nas spotykają. Niejednokrotnie zaś, żeby odreagować, mamy ochotę kogoś uderzyć czy pobić. Rzadko to jednak robimy, bo nie pozwalają nam na to normy społeczne, własna moralność albo kultura osobista.

Inaczej jest w czarnej komedii Damiana Szifróna zatytułowanej „Dzikie historie”, w której bohaterom totalnie puszczają nerwy i nie krępują się tego pokazać.
Najnowsze dzieło Szifróna jest specyficzne, nie ma tu głównego wątku, który łączyłby pozostałe w jedną całość. Mamy natomiast sześć zupełnie odrębnych historii, które reżyser przedstawia nam jedna po drugiej wyraźnie zaznaczając ich granice. Spoiwem zaś łączącym je wszystkie jest jedynie motyw przewodni  – emocje: irytacja, gniew, chęć zemsty. Mamy więc grupkę ludzi zebraną w samolocie, na której niespełniony muzyk chce dokonać zbiorowej zemsty, kelnerkę (Julieta Zylberberg) spotykającą gangstera, który zniszczył jej dzieciństwo, dwoje agresywnych wobec siebie kierowców (César Bordón oraz Leonardo Sbaraglia). Jest też inżynier poirytowany ciągłymi mandatami za złe parkowanie (Ricardo Darín), rodzina tuszująca zbrodnię syna, wreszcie zdradzona panna młoda (Erica Rivas). Każde z nich w którymś momencie traci nerwy, uwalnia drzemiącą w nich czystą agresję, przekracza granice racjonalności i poddaje się szaleńczemu amokowi.

Całym urokiem i siłą opowiedzianych w filmie historii jest ich prostota oraz skupienie uwagi na tej emocjonalnej stronie obrazów. Fabularnie jest tu prosto, historie to sytuacje, w których niejednokrotnie znajdujemy się na co dzień: agresja na drodze, otrzymanie mandatu czy bycie zdradzonym. Zdarzenia irytujące, stresujące i po prostu trudne. Bohaterowie zaś są wiarygodnymi, zwykłymi ludźmi. Z tą różnicą, że w „Dzikich historiach” reakcje postaci na spotykające je wydarzenia są mocno przerysowane, a sami bohaterowie dając upust swoim frustracjom zapominają o moralności i posuwają się zarówno do przemocy słownej, jak i fizycznej, do podkładania bomb, a nawet zabójstw. Jednakże ich występki przedstawione są u Szifróna w taki sposób, że mimo swojego tragizmu ostatecznie wzbudzają w widzu pozytywne odczucia. Reżyser bowiem nie dokonuje oceny zachowań swoich bohaterów, a i odbiorca nie czuje się zmuszony do jej dokonania.

Szifrón gra więc na emocjach nie tylko swoich postaci, ale i widzów. Obrazy są tak przesycone odczuciami, że napięcie udziela się widowni. Jedyną zaś drogą rozładowania tego ładunku jest śmiech. Irracjonalny, czarny śmiech. A śmiać jest się z czego. W „Dzikich historiach” każda nowela opowiadana jest w taki sposób, by było widać absurd i irracjonalność sytuacji dziejących się na ekranie. Dramat bohaterów przedstawiony jest wręcz groteskowo, tak, że nie sposób powstrzymać gromkich wybuchów śmiechu podczas seansu.

Oprócz warstwy obrazowej atutem filmu jest świetnie współgrająca z całością muzyka, która podkreśla rozgrywane na ekranie sceny i bardzo dobrze wpisuje się w samą konwencję w jakiej obraz jest zrealizowany. Sielankowa melodia w aucie biznesmena to znakomita zapowiedź horroru rozgrywającego się chwilę później na drodze, a spokojna muzyka tuż przed eksplozją idealnie oddaje wewnętrzne ukojenie inżyniera detonującego ładunek wybuchowy.

„Dzikie historie” są więc naprawdę dzikie i emocjonujące. To na pewno kino bardzo ciekawe i mocno groteskowe, kino o tym do czego bylibyśmy zdolni, gdyby nie nasz kręgosłup moralny.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wielkaszostka
Wielka szóstka – recenzja
jedendzien
Jeden dzień – recenzja
discopolo
Disco Polo – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*